Sefa – biografia

Sefa Jeroen Vlaarkamp (tak, jego alias to po prostu pierwsze imię) urodził się 30 czerwca 2000 roku w holenderskim mieście Alkmaar. Nie miał on łatwego dzieciństwa, ponieważ ojciec pochodzący z Turcji zostawił swoją rodzinę, a jego matka w chwili narodzin miała zaledwie 18 lat oraz była uzależniona od alkoholu i narkotyków. Kochała jednak swojego syna, chociaż ze względu na swoje problemy, nie mogła się wtedy nim odpowiednio zaopiekować – zajęła się więc tym babcia. Trudna sytuacja rodzinna nie przeszkodziła jednak Sefie w rozwijaniu swoich zainteresowań – przez jakiś czas grał w piłkę, interesował historią, socjologią i psychologią, a w wolnych chwilach nawet czytał różne encyklopedie. Z pewnością jest mądrym chłopakiem, chociaż nie ominęły go problemy z edukacją, ponieważ przez pewien czas miał kłopoty z motywacją i nauczycielami, co sprawiło, że raz musiał powtarzać klasę. Zawsze jednak traktował poważnie swoją naukę, dlatego na początku kariery, kiedy jeszcze chodził do szkoły, dostosowywał bookingi do zajęć lekcyjnych. Jeżeli dany występ kolidowałby ze szkołą, nie decydował się na niego. Jak jednak sam przyznaje, studia to jedynie plan B, bo resztę lat woli poświęcić swojej karierze.

Jeśli zaś chodzi o rozwój muzyczny, Sefa potrafi grać na pianinie i organach (regularnie robi to w kościele Krijtbergkerk w Amsterdamie) oraz uwielbia muzykę klasyczną, co ewidentnie widać w jego obecnych utworach. Produkcją muzyki elektronicznej zajął się już w wieku 9 lat. Podstaw nauczył się sam przy pomocy laptopa i poradników z YouTube’a, ale początkowo interesował go Hardstyle. Jego przygoda z Frenchcorem zaczęła się od tego, że matka natknęła się w barze na Dr’a Peacocka, nawet nie wiedząc kim on jest. Jak się okazało, mieszkał bardzo blisko Sefy, dlatego zapytała, czy nie chciałby się spotkać z jej synem, który dla zabawy również zajmuje się produkcją. Peacock się zgodził, a młody Sefa po spotkaniu szybko “zaraził się” Frenchcorem (głównie ze względu na jego zróżnicowanie) i już w wieku 11 lat przesłał Steve’owi swój pierwszy utwór. Nie był on wystarczająco dobry, ale dalsza praca i nauka sprawiły, że w końcu Sefa wydał swoją premierową EP-kę w Peacock Records, która zawierała 3 utwory i nosiła tytuł Bad Dreams. Wtedy też artysta dołączył do agencji bookingowej BKJN, a 16 lipca 2016 roku po raz pierwszy wystąpił na imprezie BKJN: Vive La Frenchcore. Jego kariera nie trwa więc zbyt długo, ale już teraz zagrał on na większości najbardziej znanych imprez, hostował własne sceny, prowadził Titan Showcase na pierwszej edycji IMPAQT Festivalu, a nawet ma na koncie tegoroczny hymn Defqonu.

Prywatnie Sefa jest bardzo skromny i otwarty. Jak sam przyznaje, nie chce być postrzegany jako gwiazda. Potwierdza to też jego zachowanie, ponieważ często można zobaczyć jak z prywatnego konta w żartobliwy sposób odpisuje komuś na różnych fejsbukowych grupach. Przy okazji swojego pobytu w Australii zorganizował on też spotkanie w parku z fanami, gdzie dał występ na pianinie. Jeżeli kiedyś go spotkacie, na pewno nie odmówi Wam zdjęcia.

Ciekawostki:
Obecnie tego nie robi, ale kiedyś Sefa produkował muzykę przy dość głośno ustawionych monitorach, przez co już 2 razy jego dom odwiedzała policja. Przy trzecim ostrzeżeniu może ona skonfiskować sprzęt, dlatego teraz Sefa słucha muzyki o wiele ciszej.
Zazwyczaj artyści w swoich riderach technicznych wymagają od organizatorów zapewnienia energetyków i alkoholi. Sefa jednak chce tylko Lipton Green Ice Tea.
Prawo w Holandii zakazuje osobom niepełnoletnim występowania na eventach w godzinach 23:00 – 07:00, co na początku kariery Sefy było sporym utrudnieniem.

Który utwór tego artysty jest Waszym ulubionym?

Kings of Hardstyle Festival 2019 – relacja

Po dwuletniej przerwie spowodowanej rozbudową parku, Energylandia w tym roku powróciła do organizacji własnych festiwali. Łącznie było ich siedem, ale nas oczywiście najbardziej interesował Kings of Hardstyle Festival 2019, który odbył się 23 sierpnia. Nadzieje wobec tego wydarzenia były dość spore, ponieważ to trzecia edycja, więc organizatorzy mogli skorzystać z doświadczenia i poprawić poprzednie, drobne niedociągnięcia. Line up może nie wszystkich zachwycił i był dość powtarzalny, ale ceny biletów utrzymały się na niskim poziomie i większość osób zakupiła wejściówki za 49-89 zł, co jest naprawdę małą kwotą w porównaniu do zagranicznych imprez. Dlatego specjalnie nikt nie wybrzydzał i całe wydarzenie przyciągnęło bardzo dużo ludzi. Nie znamy dokładnych liczb, ale teren wydawał się dość pełny (chociaż bez zbytniego tłoku) oraz podobno na KOH-a sprzedało się o 1,5 tysiąca więcej biletów niż na festiwal EDM, który był dzień później (i to w sobotę, czyli teoretycznie lepszego dnia – może w przyszłości jednak by zmieniono kolejność?). Spore zainteresowanie widać było również po naszym wyjeździe, ponieważ mimo bardzo dużego limitu miejsc, przejazd ze wszystkich miast został wyprzedany. W przyszłości będziemy musieli postarać się o jeszcze większy rozmach.

Bramy festiwalu otwierano już o 17, ale impreza rozpoczynała się tak naprawdę o 18, dlatego ludzie mieli czas na spokojne wejście i zapoznanie z terenem. Mimo to już od samego początku przyszło dużo ludzi, chociaż wejście i kontrola bezpieczeństwa nadal szła sprawnie. Pierwszym co rzucało się w oczy było mnóstwo stołów z parasolami. Naprawdę, zazwyczaj miejsc do siedzenia jest o wiele mniej. Ale to dobrze, bo właściwie przez cały czas każdy zainteresowany mógł znaleźć dla siebie wolny stół. Wszyscy szczególnie chętnie korzystali z tego na początku, ponieważ KOH dla wielu osób był pretekstem do spotkania się z imprezowymi znajomymi, dlatego po wejściu wiele osób po prostu siedziało i rozmawiało przy piwie, czekając aż impreza nieco później się rozkręci.

Oprócz tego na terenie festiwalu można było znaleźć cztery punkty z toaletami, co teoretycznie powinno rozładować kolejki. Niestety w tych najbliżej sceny było za mało toi toi’ów, więc i tak czasami trzeba było trochę poczekać. Ale bez przesady. Bardziej uciążliwe kolejki powstały na początku przy barach, bo sznur ludzi ciągnął się na kilkanaście metrów, a kilka stoisk zdecydowanie nie nadążało z nalewaniem piwa. Kiedy jednak zabawa rozpoczęła się na dobre i ludzie przenieśli się na parkiet, można już było dość swobodnie kupować napoje. Na plus też można zaliczyć szatnie i szafki, bo miejsca starczyło tam dla każdego zainteresowanego. Zwracamy na to uwagę, ponieważ podczas edycji w 2015 roku organizatorzy zaoferowali jedynie około 20 szafek, co oczywiście było zbyt małą liczbą.

Ostatnimi dwoma elementami festiwalowego terenu było stoisko z gadżetami oraz scena. Samo stoisko to nic ciekawego, bo można było na nim kupić jakieś świecidełka rodem ze straganów na wiejskim festynie oraz czapki i koszulki z logiem imprezy, które jednak wyglądały bardzo tandetnie. Nieskromnie możemy przyznać, że już my byśmy im zrobili o wiele lepszy merchandise. Co do sceny, była to typowo koncertowa konstrukcja wyposażona w dość sporo oświetlenia i telebimy. Przy wcześniejszych festiwalach typu 90’s Superstars czy Disco Polo na pewno nikt nie miał co do niej większych oczekiwań, ale przy KOH-u i EDM ludzie przyzwyczajeni do zagranicznych imprez mogli być zawiedzeni. Trzeba jednak zrozumieć, że skoro ta sama infrastruktura miała służyć wszystkim imprezom, specjalnie na ostatnie wydarzenia nie opłacałoby się budować czegoś bardziej ambitnego. Zresztą pierwszy i ostatni festiwal w Energylandii dzieliły prawie dwa miesiące, dlatego ludzie i tak dawno znali wygląd sceny, więc nikt nie mógł czuć się zaskoczony widząc ją po raz pierwszy na imprezie. Zastrzeżenia jednak można mieć do tancerek i tancerzy, którzy próbowali wić się do rytmu na scenie. W przypadku naszej muzyki raczej się tego nie robi. Wyjątkiem są imprezy typu Pussy Lounge, ale tam cały motyw przewodni wydarzenia jest trochę luźniejszy, a skąpo ubrane panie wplecione w całą stylistykę. Tutaj osoby w lateksie kompletnie nie pasowały i były raczej żenujące niż uświetniały występy swoim tańcem.

Co do wrażeń muzycznych, raczej każdy artysta zagrał standardowo, a tym samym spełnił oczekiwania odwiedzających. Sam dobór artystów mógł być lepszy, bo brakowało jakiejś świeżości, ale też obyło się bez tragedii. Na setach panował bardzo fajny klimat i czuć było, że raczej jest tam niewiele osób z przypadku. Niektórzy na minus zaliczają jedynie nagłośnienie, które w pewnych miejscach było za ciche. Można jednak przypuszczać, że to wina odgórnych ustaleń, ponieważ Energylandia już i tak miała problemy z okolicznymi mieszkańcami, którzy protestowali przed zbyt głośną muzyką w nocy. Podobno to właśnie z tego powodu impreza odbywała się w godzinach 17-02.

Omawiając line up należy też wspomnieć o time table. Wielu osobom początkowo nie przypadło ono do gustu, ponieważ niektórzy artyści mieli przewidziane dla siebie bardzo mało czasu. Wynika to z tego, że organizator chciał napchać w krótkim czasie jak najwięcej dj’ów, a potem się chwalić bogatym line upem. Ostatecznie okazało się, że największe gwiazdy nawet w ciągu 45 minut mogą zaserwować dobrego seta, więc na żywo nie było to takim problemem (zresztą sety po 45 minut nie są znowu tak rzadko spotykane). Na przyszłość jednak dobrze by było się zastanowić, czy warto na siłę upychać jak najwięcej artystów kosztem czasu ich grania. Nikomu nie ujmując, czy obecność takiego ResQ rzeczywiście przyciągnie więcej odwiedzających? Raczej nie, więc może lepiej by było z niego zrezygnować i zamiast tego dać jakimś dwóm artystom po 15 minut więcej, tak żeby ich sety trwały pełną godzinę?

Słabą zagrywką było też chwalenie się, że na imprezie wystąpi 15 artystów, podczas gdy trzech z nich to byli MC. Po co ich aż tylu, skoro spokojnie jeden by sobie poradził? Zazwyczaj MC specjalizują się w wybranych gatunkach muzycznych, ale to nie znaczy, że nie poradzą sobie z hostowaniem jakiegoś innego. Taki Villain najbardziej upodobał sobie Euphoric Hardstyle, ale na eventach z jedną sceną radzi sobie również podczas Hardcore’owej końcówki. A jeżeli już ściągnęli trzech MC, bez sensu było przyporządkowywać każdego z nich do konkretnego artysty. Na żadnym evencie tak się nie robi, a ludzie tak czy inaczej domyśliliby się kto z kim wystąpi. Przy okazji należy też wspomnieć o zachowaniu MC Renegade’a. W imprezowym nastroju postanowił on się nauczyć kilku zwrotów po polsku oraz krzyczeć je przez mikrofon. I było to fajne za pierwszym czy drugim razem, a nawet wywoływało uśmiech na twarzy publiki. Ale MC krzyczący przez całego seta hasła w stylu „Ja pierdolę”, „Najebany to do domu”, „Kurwa mać”, „Na ziemię kurwa” było już żenujące i takie zachowanie nie przystoi.

Na minus też można zaliczyć strefę gastronomiczną. Poza wspomnianymi kolejkami do nalewania piwa, około północy skończyła się woda, więc do dyspozycji były już tylko piwa bezalkoholowe lub słodkie napoje. Coś takiego zdecydowanie nie powinno mieć miejsca. Do tego wiele osób skarżyło się na ceny piwa. Tutaj jednak nie powinno się być takim krytycznym, bo Tyskie 0,4 L kosztowało 10 zł i była to standardowa 5-procentowa wersja. Na zagranicznych eventach trzeba zapłacić w przeliczeniu około 10 zł za piwo 0,2 L i to jakichś sików, także na KOH-u wcale nie było aż tak źle. Bardziej można się przyczepić do jedzenia. Hot dogi, frytki czy nawet szaszłyk są ok. Ale czy znacie kogoś, kto na takim evencie je golonkę lub kiełbasę z grilla? Organizatorzy jednak uznali, że to będzie właściwa oferta. Tylko chyba po raz kolejny zapomnieli, że to co sprawdzi się na festiwalu Disco Polo, na KOH-u już niekoniecznie zadziała.

Negatywne wrażenie robił też tak zwany Golden Circle dla VIP-ów pod sceną. Był to pas pod samą DJ’ką, do którego wstęp miały jedynie osoby ze specjalnym biletem. W praktyce wyglądało to tak, że kilka osób stało sobie w środku (wyglądając jak zwierzęta w zagrodzie), a dopiero za nimi bawili się prawdziwi zapaleńcy. Po raz kolejny trzeba powtórzyć: na naszych eventach tak się nie robi. Jeśli ktoś już chce wydać 700 zł za możliwość nielimitowanego jedzenia i picia podczas imprezy, niech robi to w specjalnym namiocie gastronomicznym. Ale Golden Circle był kompletnie niepotrzebny i tylko niszczy klimat. Zresztą co to za frajda stać pod samą sceną i niewiele widzieć? O wiele lepszym rozwiązaniem jest zapewnienie specjalnego podestu z boku sceny, tak żeby mieć jak najlepszy widok.

Ten tekst nie mógłby się też obyć bez wspomnienia o choince. Ktoś po prostu wziął drzewko będące elementem wystroju Energylandii i tańczył z nim w tłumie – no i fajnie, tacy wariaci są nam potrzebni oraz nadają klimat całemu wydarzeniu.

Podsumowując, impreza na pewno była udana i raczej będzie przez wszystkich dobrze wspominana. Dzięki dobrej frekwencji można mieć nadzieję, że Kings of Hardstyle Festival powróci w przyszłym roku, jednakże przydałoby się wtedy poprawić drobne niedociągnięcia wymienione powyżej. A jakie jest Wasze zdanie?

Historia polskiego Jumpstyle’u

Jumpstyle to gatunek zbliżony do Hardstyle’u, a dodatkowo swego czasu był dość popularny w Polsce, dlatego warto się nim zainteresować. W tym celu poprosiliśmy o pomoc jednego z członków ekipy Atomic Destination Team – Jumpstyle, który przybliżył nam całą tę subkulturę.

Sam gatunek muzyczny wraz z charakterystycznym tańcem powstał w latach 90′, a wywodzi się z Belgii i Holandii. Do Polski przyszedł w okolicach 2005/2006 roku, chociaż największą popularność zyskał w 2007 roku za sprawą utworu Jeckyll & Hyde – Freefall (chyba wiele osób kojarzy go jeszcze ze szkolnych dyskotek). Teledysk do tego kawałka równocześnie spopularyzował taniec nazwany tak samo jak gatunek i wtedy właśnie narodziła się moda na rytmiczne skakanie we wszystkich możliwych miejscach. Sama choreografia jumpstyle’u opiera się głównie na ciągłych podskokach i różnych wymachach nóg, a wszystko to do rytmu Hardstyle’u. Dlaczego nie Jumpstyle’u? Bo ten drugi gatunek był o wiele bardziej popularny, a do tańca nadawał się tak samo.

W Polsce najlepsze lata Jumpstyle’u przypadają na 2007 – 2013 rok, bo to właśnie wtedy narodziła się strona JumpstylePolska, a ekipa Atomic Destination Team wzięła udział w programie Mam talent, gdzie została doceniona przez jurorów (i przy okazji sprawiła,że Hardstyle poleciał w TVN-ie). Sama Agnieszka Chylińska zachęcała wtedy do udziału w zlotach tancerzy mówiąc, że “To jest chyba najpiękniejsza rzecz jaką ja w życiu widziałam”. Swoją drogą warto obejrzeć do końca, szczególnie dla reakcji Agustina. Chłopaki nie wygrali programu, ale zrobili duże wrażenie, dlatego później zostali również zaproszeni do udziału w imprezie z okazji 20-lecia TVN-u, na której kręcono reklamę tej stacji oraz występowali na różnych innych wydarzeniach w całej Polsce. Wszystko to sprawiło, że w kraju zaczęły powstawać kolejne ekipy, ligi taneczne, a zloty, na których organizowano turnieje i wspólne pokazy, przyciągały po kilkaset osób. Zaczęto też tworzyć własne produkcje filmowe, na których można było głównie oglądać różne osoby skaczące w coraz to dziwniejszych miejscach lub robiące synchroniczne pokazy. Całość traktowano jako sport ze zdrową rywalizacją, ponieważ tak naprawdę najlepszą rzeczą w zlotach lokalnych i ogólnopolskich było to, że można było spotkać ciekawych ludzi z tą samą pasją.

Według relacji, wyglądało to tak: Masz 14 lat, jedziesz na twój pierwszy zlot ogólnopolski, spotykasz setki ludzi z drugiego krańca Polski, z którymi rozmawiasz na co dzień tylko przez internet, z którymi łączy cię to samo… Nagle dociera do ciebie, że to się dzieje. Mowa tu chyba o największym ogólnopolskim zlocie w Krakowie, w 2009r (do obejrzenia na YT). Setki osób w jednym ogromnym kręgu na rynku, każdy się z tobą wita, przytula, poznaje cię po Twoim stylu tańca, każdy uśmiechnięty, oczy się świecą, widzisz swoich internetowych “idoli”, każdy jest dla Ciebie jak brat czy siostra, nie możesz uwierzyć, czujesz się jak w domu. To uczucie było bezcenne i nie da się przelać tego na papier. Po prostu to jest jedna wielka rodzina. (Od siebie możemy dodać, że kiedyś na naszym wyjeździe była para, która poznała się właśnie na takim zlocie – dop. HT)

Nasz rozmówca podaje też inny przykład: Rok temu miałem pracowniczy wyjazd z Rzeszowa do Szczecina, a gdy poprzez Facebooka pewien tancerz dowiedział się, że jestem w jego mieście, nie minęło kilka godzin, a już siedzieliśmy na rynku sącząc piwo i wspominając stare dobre czasy. A takie sytuacje zdarzają się bardzo często. Gdzie ktoś by nie był, zawsze znajdzie się dużo znajomych.

Niestety później z każdym rokiem Jumpstyle w Polsce przygasał – było coraz mniej osób na ogólnopolskich zlotach i coraz mniej filmów w internecie. Moda przeminęła, a zapalonym tancerzom przybywało lat, pozakładali rodziny i skupili się na dorosłych obowiązkach. Mimo wszystko nadal są zapaleńcy, którzy nawet bez dużej publiczności wciąż uprawiają swoje hobby. Jak twierdzi nasz rozmówca: “W wielu z nas ten taniec zostanie do końca, to co przeżyliśmy, są to wspomnienia bezcenne i jesteśmy pewni, że każdy z nas wspomina ten czas niesamowicie i wszyscy by do niego wrócili. Poprzez taniec nasze dzieciństwa nie były nudne, lecz pełne uśmiechu, poznawania nowych ludzi i miejsc, niezapomnianych chwil, występów, spotkań, wspólnych wakacji”.

Przy okazji warto wspomnieć, że duet Jeckyll & Hyde na chwilę powrócił w 2017 roku (tworzy go Maarten Vorwerk i Dj Ruthless) poprzez wydanie hardstyle’owego utworu Back in Time. W jego teledysku zostały wykorzystane nagrania rodzimych chłopaków, a sam Maarten w komentarzu pod filmem na YT podziękował im w języku polskim za nadesłane materiały.

Nie jest jednak tak, że Jumpstyle w ogóle umarł, dlatego wciąż warto zainteresować się tą subkulturą. Na grupie Jumpstyle Polska Society nadal coś się jeszcze dzieje, a gdyby ktoś chciał zgłębić temat, warto obejrzeć relacje z ogólnopolskich zlotów, liczne produkcje filmowe Atomic Destination Team i innych ekip czy wspomniany występ w Mam Talent. Możliwe, że sami się w to wkręcicie, tak jak oni kiedyś. A może ktoś już wcześniej był zainteresowany tym tańcem i mógłby opisać swoje wspomnienia?

The Glory Is Ours – Aftermovie

Ktoś mądry kiedyś powiedział:
Organizowanie imprez oczywiście musi przynosić pieniądze – inaczej nie mógłbyś opłacić DJ’ów i lokalizacji. Ale to nie jest najważniejsze. To coś w rodzaju gry, którą można porównać do piłkarskiej kariery. Jako sześciolatek marzysz o zostaniu profesjonalnym piłkarzem. W wieku 14 lat trafiasz do szkółki znanego klubu, potem jego właściwej drużyny, następnie przechodzisz do Barcelony czy Realu, a później kończysz w reprezentacji narodowej swojego kraju. Czy ten dzieciak kiedykolwiek kierował się głównie pieniędzmi? Nie, on chce być jedynie doceniany za swoje osiągnięcia. Nie ma piłkarzy, którzy grają tylko dla pieniędzy. Grają, bo kochają tę grę i chcą wygrywać. A wraz ze wzrostem poziomu trudności wygrywanie zaczyna sprawiać coraz więcej radości. Dlatego największą motywacją jest znajdowanie sobie kolejnych wyzwań. Takich, dzięki którym kiedyś będą o tobie pamiętali. The Glory Is Ours.

 

Poradnik weekendowej wojowniczki

Uwaga: ten tekst to tylko damskie uzupełnienie naszego Poradnika Weekendowego Wojownika, które powstało dzięki żeńskiej części uczestników wyjazdów. Prosimy więc zapoznać się również z tamtym kompendium.

Dziewczynom szczególnie warto przemyśleć ilość niezbędnych rzeczy, bo szkoda marnować czas na grzebanie w namiocie/torbie w poszukiwaniu czegoś, co jest naprawdę potrzebne. Namiot jak pokój – szybko się zagraca :). Zbyt duża torba zajmuje przestrzeń, na której mogłybyśmy się wygodnie wyspać, a dodatkowo ciężko ją nosić. Dobrze jest przygotować sobie przed wyjazdem kilka “zestawów” ubrań na każdy dzień i spakować np. do osobnych reklamówek (w tym majtki i skarpetki ) dzięki temu możesz wszystko za jednym zamachem zabrać i szybko lecieć pod prysznic oraz wyglądać świetnie w dopasowanym outficie, a nie w pierwszej lepszej brudnej koszulce wylosowanej z namiotu w przerwach między kieliszkami ciepłej wódki. Dzięki owinięciu rzeczy folią, dodatkowo nie powinny się pognieść w trakcie podróży oraz zamoczyć gdyby ktoś przypadkowo coś rozlał lub padał deszcz w trakcie wprowadzania się na camping.

Polecamy również wziąć ze sobą jakąś małą torbę/reklamówkę na ręcznik, kosmetyczkę i ubrania gdy będziesz się wybierać do toalety. Sprawy pielęgnacyjne najlepiej jest załatwić w nocy, kiedy nie ma kolejek i wstęp jest za darmo (w ciągu dnia zazwyczaj płaci się tokenami, a przecież lepiej się napić niż wykąpać ). Najlepiej wziąć jakiś ciepły dresik oraz skarpety do spania i przywdziać to od razu po nocnym prysznicu, a następnie udać się do spania lub imprezować dalej. Oczywiście makijaż na noc jest zbędny – tak czy inaczej jest ciemno, wszyscy są nawaleni, a męska część HardTripów kocha nas nie za wygląd lecz za wspaniały gust muzyczny, co nie? (Bez przesady, za wygląd też Was kochamy – dop. HT). Makijaż najlepiej zrobić rano w namiocie – pamiętaj żeby zabrać ze sobą lusterko. Zdecydowanie odradzamy branie ze sobą prostownicy, bo podłączysz ją tylko w łazience, a rano na pewno będzie tam duża kolejka do gniazdka. Nic się nie stanie jeżeli przez weekend Twoje włosy będą trochę bardziej zakręcone niż zwykle.

Ogranicz również ilość kosmetyków do minimum i weź tylko podstawowe rzeczy do makijażu. Te do kąpieli najlepiej przelać do małych butelek podróżnych dostępnych np. w Rossmanie za grosze. Lepiej wziąć swoje sprawdzone kosmetyki niż kupować mini wersje, których nie używałaś wcześniej. Zaoszczędzone miejsce przyda się na dodatkowe alko. Bardzo przydatne są mokre chusteczki do demakijażu oraz te z antyperspirantem (dobrze jest się odświeżyć w ciągu dnia), fajnie jest też mieć suchy szampon.

Postępowanie w sposób podany powyżej pozwoli na wyspanie się przed otwarciem bram festwalu, zminimalizowanie czasu spędzonego na bezsensownych przygotowaniach i uniknięcie wysłuchiwania “idziemy juuuuuuż “, “nie zdążymy na Wildstyleza”, “Kolejka ciepłej Cię ominęła” itp…

Jeśli chodzi o kilka rad na temat rzeczy, które warto zabrać, a nie zostały wymienione powyżej, to na przykład 2 pary butów sportowych w razie gdyby jedne przemokły, większa ilość skarpetek też się przyda. Dobrze wziąć również klapki na wycieczki pod prysznic. Na teren festiwalu polecamy zabrać mały plecak lub stringbag HardTripów, do którego spakujemy najważniejsze rzeczy tj. telefon, portfel, coś do ubrania gdyby zrobiło się zimno. Są też osoby, które wolą nerki, ale plecak jest pojemniejszy, dzięki temu spakujesz tam więcej potrzebnych rzeczy i nie będziesz musiała biegać co chwilę do namiotu. Przed festiwalem sprawdź czy da się w nim swobodnie skakać/tańczyć. Najlepiej włączyć sobie w tym celu dobrego seta, zacząć skakać i szaleć tak jakbyś była w tłumie ludzi próbujących wskoczyć w Twoją przestrzeń osobistą. Weź też pod uwagę, czy plecak nie będzie przeszkadzał osobom dookoła. Nie zapomnij o kremie z filtrem i dużej ilości wody. Pamiętaj też o dbaniu o uczestników wyjazdu, którzy nie są w stanie z różnych powodów zadbać o to, aby uniknąć poparzeń słonecznych lub odwodnienia 😉

No i najważniejsze: nie przejmuj się wyglądem! Na festiwalach warunki atmosferyczne dają się we znaki, a niestety większość z nas ma problemy z utrzymaniem makijażu czy włosów w perfekcyjnym stanie w czasie deszczu lub wiatru. Szalejąc w słońcu z kolei się spocisz, więc też zniszczysz kreację. W takich okolicznościach najlepiej po prostu to olać, nie patrzeć w lustro i bawić się na całego bez zbędnych zmartwień. Na tego typu imprezach przecież chodzi o fun, a nie o wygląd (no chyba, że chcesz zostać gwiazdą aftermovie). Swoją drogą oglądanie potem zdjęć tego jak komicznie się niekiedy wyglądało to niezwykłe przeżycie. Oczywiście jest parę sposobów na zatuszowanie niedoskonałości, jak na przykład wodoodporny makijaż, czapka z daszkiem, gdy włosy nie chcą współpracować lub okulary przeciwsłoneczne, kiedy nie byłyśmy w stanie się pomalować lub mogło to grozić utratą wzroku podczas nakładania mascary po pijaku. Oczywiście okulary przeciwsłoneczne są jak najbardziej dozwolone w dzień i w nocy.

Dziewczyny, jeżeli macie jeszcze jakieś porady dla żeńskiej części wyjazdów, dajcie znać w komentarzu!

Poimprezowa depresja – jak sobie z nią radzić?

 

Powrót z festiwalu, a nawet zwykłej imprezy bywa bolesny. Nawet podczas drogi powrotnej przygoda jeszcze trwa, ale gdy już wrócisz do domu i odeśpisz miniony weekend, dociera do Ciebie, że wszystko się skończyło. Pojawia się uczucie tęsknoty, samotności (dopiero co miałeś wokół siebie cały autobus ludzi) i marności wszystkiego co Cię otacza. Bo teraz już nic nie może się równać z tym, co przeżyłeś w ostatnich dniach. To zupełnie normalne i większość raverów tego doświadcza. Są jednak sposoby, które pomogą Ci szybko pozbyć się poeventowej depresji.

  1. Zaplanuj kolejną imprezę

Jeśli nie możesz ciągle żyć przygodą, żyj oczekiwaniem na nią. Jak twierdzą psychologowie, oczekiwanie na przyszłe doświadczenia, na przykład planowanie podróży, dają równie dużo radości, co ich przeżywanie. Dzięki temu zyskasz motor napędowy, bo będziesz wiedział, że na horyzoncie Twojej normalnej egzystencji majaczy kolejne wydarzenie, na które warto czekać. Najprościej zapisać się na następny wyjazd, ale na tym nie kończ swoich planów. Pooglądaj zdjęcia z innych imprez, sprawdź line upy czy przesłuchaj sety i wybierz dla siebie kolejny event.

  1. Niech miłe doświadczenia będą obok Ciebie

Jeżeli z różnych powodów raczej rzadko jeździsz na festiwale, pomyśl o aktywnościach w Twoim bliższym otoczeniu. Najlepiej zrób coś, czego jeszcze nigdy nie robiłeś. O ile nie uprawiasz sportów, wyjdź pobiegać, przejedź się rowerem lub po prostu pójdź na spacer – ale w miejsce, którego nie znasz. Jeżeli w Twojej okolicy są jakieś opuszczone budynki – zwiedź je. Zapisz się na bieg masowy, pójdź do escape roomu lub parku trampolin, spędź noc pod namiotem. Ważne żeby spróbować czegoś nowego. Pamiętaj, że im ciekawsze będzie Twoje życie codzienne, tym łatwiej będzie Ci do niego wracać po niesamowitym weekendzie. Miej tylko na uwadze, że musisz powoli wdrażać się do normalności, więc jakiś wyjazd w góry raczej odpada. Gdybyś od razu po powrocie z Decibela wyjechał gdzieś indziej, jedynie przesunąłbyś poimprezową depresję na moment, kiedy ostatecznie wrócisz do domu.

  1. Uprawiaj sport

Jest to uzupełnienie poprzedniego punktu. Jeżeli na co dzień coś ćwiczysz, idź na trening gdy już się wyśpisz po festiwalu. Brak chęci do życia może skutecznie to utrudniać, ale kluczowe jest, aby starać się jak najszybciej powrócić do normalności. A skoro zwykle uprawiasz sport, zrób to też teraz. Przez ciągłe wracanie myślami do weekendu możesz mieć problem ze skupieniem się na aktywności, więc zamiast siłowni czy sportów walki, lepszym wyborem będzie tu bieganie czy jazda na rowerze, bo to rzeczy niewymagające zbytniego wysiłku umysłowego. A jeżeli zwykle nie interesujesz się sportem, tym bardziej spróbuj ruszyć się z domu, co uwolni u Ciebie endorfiny.

  1. Opisz swoje przeżycia

Nie musisz być blogerem – po prostu wrzuć posta na Facebooka ze zdjęciami i opisem tego, co przeżyłeś. Zaraz w komentarzach pewnie odezwą się Twoi towarzysze weekendu, którzy zaczną razem z Tobą wspominać najlepsze momenty. Inni znajomi będą Ci pozytywnie zazdrościć i zadawać pytania, a to wszystko sprawi, że zamiast z utęsknieniem wspominać festiwal, będziesz dumny z tego, czego udało Ci się w jego trakcie dokonać. W ostateczności zyskasz towarzyszy niedoli i zobaczysz, że nie tylko Ty cierpisz po weekendzie – to też powinno pomóc.

  1. Nie siedź sam

Zamiast siedzieć w samotności i zadręczać się myślami, spędź czas z innymi. Będzie to uzupełnieniem poprzedniego punktu. Spotkaj się, zróbcie coś razem – może to być nawet wspólne oglądanie zdjęć z weekendu. Nawet nie musicie razem robić niczego konkretnego. Ważne żeby mieć kogoś w pobliżu.

  1. Uświadom sobie, co tak naprawdę straciłeś

Trzy dni spędzone na Defqonie czy Qontinencie pozwalają przenieść się w zupełnie inny świat, odgrodzony bramą campingu od realnego życia. W porównaniu do festiwalu rzeczywistość wydaje się szara, więc nic dziwnego, że chciałbyś aby weekend trwał wiecznie. Tylko czy na pewno? Pomyśl sobie teraz, że Defqon miałby trwać miesiąc albo dłużej. Na pewno tego byś chciał? Ciągłe imprezy, mniejszy komfort i brak snu w końcu stałyby się męczące i marzyłbyś o powrocie do domu. Zrozum więc, że to co dobre, nie może trwać zbyt długo, bo przestałoby Ci się podobać. Dlatego traktuj powrót jako dopełnienie całego wyjazdu, a nie smutną konieczność. Jak to się mówi: trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść.

Wewnętrzna pustka po evencie powinna być Wam wszystkim znana. Macie jeszcze jakieś sposoby na radzenie sobie z nią?

 

inspiracja

 

Historia pewnych barierek

Dla wielu pełnią rolę szatni, podestu lub czegoś, na czym można się wyżyć podczas energicznego seta – mowa o metalowych barierkach, które stoją pod sceną na imprezach i oddzielają tłum od elementów dekoracyjnych czy pirotechniki. Niby jest to zwykły kawałek metalu, ale zastanawialiście się kiedyś, jaka się kryje za nim historia? Jego profesjonalna nazwa to Mojo Barrier. Została ona zarejestrowana jako znak towarowy i pochodzi od firmy MOJO, która jest jednym z największych holenderskich (a jakże) organizatorów koncertów. Sam projekt powstał w latach 80’, a przypisuje się go Johnowi Mulderowi (obecnie 63 lata), który jest prezesem wspomnianej firmy MOJO, a także światowym ekspertem od bezpieczeństwa imprez masowych.

Potrzeba wymyślenia nowego typu barierek pojawiła się po solowych występach Michaela Jacksona, które odbywały się 2, 5, 6 i 7 czerwca 1988 roku na stadionie Feyenoordu Rotterdam. Jak wspomina Mulder, w obiekcie każdego dnia znajdowało się 16 tysięcy osób, a każda z fanek chciała stanąć jak najbliżej Jacksona. Cały tłum napierał na scenę, a jeszcze przed rozpoczęciem występu ochrona musiała wyrzucić zza barierek 100-150 dziewczyn próbujących przeskoczyć na drugą stronę. Często skakało po kilka osób na raz, a gdyby było ich jeszcze więcej, tłum zacząłby się nawzajem tratować. W ciągu całego koncertu ratownicy medyczni i tak musieli interweniować około 350 razy.

Mimo że na wcześniejszych imprezach można było zauważyć problemy tego typu, dopiero fanki Michaela Jacksona przelały czarę goryczy. Wtedy John Mulder stwierdził, że koniecznie trzeba coś z tym zrobić. Barierki powinny lepiej odgradzać scenę od tłumu, ale równocześnie organizatorzy nie chcieliby stawiać tam zasieków zasłaniających widok na artystę. Wtedy dyrektor firmy MOJO stworzył projekt barierki, która miała 1,2 m szerokości i wysokość taką, żeby sięgać ludziom mniej więcej do żeber. W ten sposób stanowiła przeszkodę przy przeskakiwaniu, ale nie przeszkadzała w obserwowaniu show. Z przodu i z tyłu umieszczono wystającą kratkę, na której osadzono całą konstrukcję. Dzięki temu wszystko było stabilne, a dodatkowo ludzie stojący na przedniej kratce przytrzymywali barierkę swoim ciężarem. Oprócz tego po wewnętrznej stronie znalazł się schodek dla ochroniarzy – mogli oni z niego wypychać próbujących przedrzeć się ludzi. Wszystko dopełniały prosty system montażowy, który umożliwiał szybkie łączenie ze sobą barierek.

Mimo że projekt był gotowy, MOJO nie rozpoczęło produkcji nowych barierek na szerszą skalę. Aż do trzech występów Prince’a, które miały się odbyć dwa miesiące po Jacksonie, a za ich organizację również odpowiadała firma Muldera. Prince wtedy był załamany, bo krótko wcześniej występował w Oslo, gdzie również wiele fanek chciało wedrzeć się na scenę, przy czym część z nich odniosła obrażenia. Punkt medyczny znajdował się tylko z lewej strony sceny, dlatego jeżeli ktoś ucierpiał po prawej, artysta musiał patrzeć na ratowników niosących jego własnych fanów. Wtedy też powiedział, że wolałby odwołać swoje występy w Holandii, bo nie chce aby fani robili sobie krzywdę gdy będzie grał na gitarze. To oczywiście było nie na rękę organizatorowi, który musiałby zwrócić 120 tysięcy biletów. Wtedy Mulder zaprezentował Prince’owi projekt swojej barierki i uzgodnił, że jeżeli podczas pierwszego występu zda ona test, artysta zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami zagra jeszcze dwa razy. Okazało się, że Mojo Barrier rzeczywiście o wiele lepiej poradziły sobie z zatrzymaniem napierającego tłumu. Prince był pod takim wrażeniem, że później już nie chciał występować bez nowego zabezpieczenia sceny. Wtedy wynajął od MOJO całą ekipę techniczną wraz z barierkami, które jeździły razem z nim w trakcie europejskiej trasy koncertowej.

Potem swoje poparcie dla nowego pomysłu wyraziły m.in. U2, Metallica czy Guns’ n Roses. Mulder chwali się, że zespoły te w trasę brały ze sobą tylko własne nagłośnienie, instrumenty i barierki. Dalej pomysł był kopiowany, co spowodowało, że twórca musiał bronić swojego patentu w sądzie i ścigać złodziei jego własności intelektualnej. Obecnie wymyślony przez niego typ barierek można spotkać, na festiwalach, koncertach, biegach masowych, meczach i właściwie każdym typie wydarzeń, w którym uczestniczy tłum ludzi. Mulder przyznaje, że czuje ogromną dumę za każdym razem widząc wykorzystanie swojego projektu. Ponadto uważa za magiczne to, że na przestrzeni lat zupełnie nie zmienił się on względem oryginału. W końcu rzadko widuje się w użyciu przedmioty, które nadal są w swojej pierwotnej formie z 1988 roku.

Czego nigdy nie usłyszysz od ravera?

Są takie rzeczy, których żadne z nas nigdy by nie wypowiedziało. Zgadzacie się z poniższą listą?

  1. Jasne, niepotrzebny nam “late check out” w hotelu, a śniadanie mogę zjeść o 7 rano – od razu po imprezie.
  2. O! W moim własnym time table żadni dj’e się na siebie nie nakładają!
  3. Ale te toi-toie były czyste!
  4. O jakie piguły pytasz? Tabletki przeciwbólowe?
  5. Kupiłem dokładnie tyle tokenów, ile potrzebowałem i żadne nie zostały mi po imprezie.
  6. Ale ci ludzie ładnie pachną!
  7. Air Maxy? Wolę Adidasa.
  8. Raczej nie będę nagrywał endshow telefonem. Lepiej w pełni cieszyć się widokiem na żywo.
  9. Ćwiczę tylko dla siebie. Nie obchodzi mnie co pomyślą o mnie ludzie gdy zdejmę koszulkę na festiwalu.
  10. Uwielbiam gdy producenci stosują trochę bardziej komercyjne dźwięki. Dobra robota!
  11. Nie, raczej nie będę robił sobie zdjęć grupowych na tle sceny.
  12. Line up idealnie trafił w mój gust!
  13. Wystarczająco się najadłem na imprezie. Nie musimy już jechać do McDonald’sa.
  14. Nie, nie żywię urazy do ludzi, którzy przyszli na festiwal zupełnie nic nie wiedząc o tej muzyce.
  15. Opłaty transakcyjne są w porządku. W końcu ludzie prowadzący bileterie też muszą z czegoś żyć.
  16. Bateria w smartfonie zawsze wytrzymuje mi całą noc.
  17. Dzisiaj zrobimy tylko jednego snapa i jedno insta story. (khykhy-Pepe-khykhy).
  18. Te drinki są całkiem opłacalne, a przy barze nie czeka się zbyt długo.
  19. Ale było słabo. Moja noga już nigdy więcej na Decibelu nie postanie!
  20. Na szczęście pamiętałem o wzięciu zatyczek do uszu!
  21. Tylko 25 EUR za koszulkę!? Na Tomorrowlandzie były po 35 i nie narzekałem.
  22. To fajnie, że Hardstyle’owiec przyszedł na speedcore’ową imprezę. Poszerzy swoje horyzonty i może polubi naszą muzykę!
  23. Zakup biletu od ręki? Bez internetowej kolejki już nie ma tego klimatu.
  24. Taki kawał nieść rzeczy na camping Defqonu? Przynajmniej przypakuję bicepsa.
  25. Zdecydowanie wziąłem za mało jedzenia na Qontinent. Za to mogłem wziąć mniej piwa.
  26. Bilety na Intents wyprzedane w 15 minut? To fajnie, że impreza tak szybko się rozrasta.
  27. Nie ma problemu, że ta dziewczyna z flagą zasłania mi cały widok. Patriotyzm nakazuje pokazywać swoje barwy narodowe.
  28. Kupić nowe buty czy bilet na Hard Bass?
Coś z tego brzmi znajomo lub dopisalibyście coś do tej listy? Piszcie w komentarzu!
Żródło + własne

Ceny na eventach

Na eventach płaci się gotówką za szafkę, parking i merchandise, a za napoje i jedzenie tokenami. Zazwyczaj można je kupić w kasie lub automacie. Przeciętna cena to 10 euro za 4 tokeny, ale zdarzają się też warianty 11 euro za 4 tokeny lub 10 euro za 3,5 tokena. Nie można kupić pojedynczych żetonów. Najczęściej koło automatów lub kas znajduje się dokładna rozpiska możliwych wariantów zamówienia, np. 10 euro – 4 tokeny, 20 euro – 8 tokenów itd. Nie działa tu zasada: Im więcej tym taniej.

Ceny w barze to zazwyczaj:

  • 0,5 tokena – banany i jabłka
  • 1 token – piwo (0,3-0,2l), napoje (0,25l), flugel, małe przekąski, lody
  • 1,5 – różne przekąski, drinki, napoje energetyczne, frytki
  • 2 tokeny – różne przekąski, woda (0,5l)
  • 2,5 tokena – hamburgery i drinki

Tokenami płaci się w strefach gastronomicznych oraz można nimi zapłacić też za oficjalną płytę danego festiwalu. Zazwyczaj jest podana informacja, że płyta kosztuje np. 20 euro lub 8 tokenów.

Oprócz części gastronomicznej zwykle są też mniejsze stoiska z np. okularami przeciwsłonecznymi, wachlarzami, maskami, zatyczkami do uszu (2 euro), cukierkami i lizakami. W tego typu miejscach płaci się gotówką.

Na każdym evencie, nawet jeśli nie ma on oficjalnej kolekcji odzieżowej, znajdują się sklepy z ubraniami (podpisane jako Merchandise). Są tam breloczki (5 euro), opaski na ręke (5-6 euro), czapki (20-25 euro), koszulki (25-30 euro), flagi (20-25 euro) i bluzy (55-65 euro). Jeżeli dany festiwal nie ma ubrań sygnowanych swoim logo to i tak są w sprzedaży inne tematyczne koszulki z np. motywami z hard-tracków czy różnych labeli. Organizacja przy stoiskach z merchandasem na największych wydarzeniach wygląda następująco: kolejka jest wyznaczona przez barierki. Do kolejki wszystkich chętnych wpuszcza ochroniarz dbający o to, żeby nie było zbyt dużego tłoku. Kolejka się przesuwa koło lady, przy której można z bliska obejrzeć asortyment, a w razie chęci przymierzenia danego modelu, poprosić jedną z wielu ekspedientek. Gdy już dokona się wyboru, przechodzi się do kasy. Mówi się co się wybrało i płaci. Sprzedawca wydaje papierek z informacją o zakupie. Z tym papierkiem przechodzi się do okienka odbioru.

Na eventach nigdy nie ma bankomatów, jednakże prawie zawsze można płacić kartą za tokeny lub ubrania.

Wchodząc na teren festiwalu należy się poddać kontroli bezpieczeństwa. Jest ona mniej lub bardziej dokładna. Zazwyczaj najdokładniejsza jest na eventach odbywających się w halach stworzonych specjalnie do organizacji tego typu wydarzeń (Ziggo Dome, Heineken Music Hall itd). Wynika to z tego, że pracują tam etatowi ochroniarze, którzy mają z góry wyznaczone obowiązki i najczęściej się do nich stosują.

Nieco mniej rygorystycznie jest na eventach indoorowych, ale odbywających się na stadionach, które na co dzień pełnią inną rolę.

Największa swoboda tego co się wnosi ze sobą jest na festiwalach outdoorowych.

Informacje, które tu są zamieszczone nie służą poradzie gdzie najlepiej przemycać narkotyki, tylko chodzi o to, że jeśli się uda, można ze sobą wnieść jakieś batoniki lub inne małe przekąski. Ochroniarze nigdy nie robią problemów w przypadku papierosów czy gum do żucia. Nawet jeśli opakowania będą otwarte.

Na teren imprezy można wejść z plecakiem. W przypadku wyjazdów organizowanych przez HardTripy nie ma problemu z zostawieniem plecaka w busie na czas trwania eventu, ale jeśli ktoś woli mieć coś podręcznego przy sobie to nie ma kłopotu z wejściem.

Żeby mieć gdzie przechowywać rzeczy, organizatorzy udostępniają szafki. Ich ceny to zazwyczaj 7/9 euro + czasami 5 euro kaucji zwrotnej przy oddaniu kluczyka. W eventowych halach często jest darmowa szatnia, ale można w niej zostawić tylko okrycia wierzchnie. Plecaki i torebki należy schować do szafki, która np. w Ziggo Dome kosztuje 2 euro, ale płatność trzeba powtórzyć przy każdym zamknięciu szafki.

W przypadku zimowych eventów organizowanych na stadionach, podczas których uczestnicy wyjazdu wychodzą z autokaru w kurtkach, polecamy zebranie się w grupę i schowanie wszystkiego do jednej szafki, bo jeśli się postarać, można w nich upchać nawet 5 kurtek. Nie dotyczy to typowych hal koncertowych, bo tam szafki są mniejsze.

Dokładne informacje na temat szafek zawsze są podawane przez organizatora danego eventu kilka dni przed wydarzeniem na oficjalnej stronie. News najczęściej nazywa się “All you need to know” i zawiera dużo przydatnych porad organizacyjnych.

Mamy nadzieję, że ten tekst rozwieje Wasze wątpliwości. W razie jakichkolwiek pytań zawsze służymy pomocą.

Shutdown Festival na taśmie 35 mm – 2017 vs 1977

Austria jest jednym z nielicznych krajów w Europie, który nie produkuje własnej energii jądrowej. Mimo to na jej terenie znajduje się jedna elektrownia atomowa, tyle tylko, że nigdy nie uruchomiona. Powodem był strajk mieszkańców miejscowości Zwentendorf i okolic, którzy bojąc się skutków ewentualnej katastrofy, nie chcieli dopuścić do rozpoczęcia pracy już ukończonej elektrowni. Największe protesty odbyły się w 1977 roku, a pod naporem obywateli, 5 listopada 1978 roku rząd przeprowadził ogólnokrajowe referendum, w którym wszyscy Austriacy mogli zagłosować, czy chcą aby ich kraj uzyskiwał energię jądrową. W referendum przeważyły głosy negatywne, dlatego budynek aż do teraz stoi nieużywany.

Jak niektórzy jednak wiedzą, w tym roku na jego terenie odbyła się pierwsza edycja festiwalu Shutdown, który był jedną z większych imprez hardstyle/hardcore, jaka dotychczas miała miejsce w Austrii. Co prawda odwiedzający mieli do dyspozycji tylko trzy sceny, ale jak na możliwości tamtejszego rynku muzycznego, był to bardzo dobry wynik. Dlaczego jednak o tym wszystkim wspominamy? Wszystko przez pewną fotografkę, która postanowiła przeprowadzić ciekawy projekt. Zauważyła ona, że impreza odbyła się dokładnie 40 lat po wspomnianych protestach, a brała w nich udział również jej mama. Miała ona wtedy około 20 lat, tak samo jak córka teraz. Fotografka postanowiła więc wziąć od mamy zdjęcia zrobione 40 lat temu i porównać je z własnymi fotkami wykonanymi na imprezie. Dla porównania, wykorzystała ona taśmę 35 mm tak, aby jak najlepiej odwzorować ówczesne warunki.

Jak fotografka sama powiedziała, na imprezie czuła się nieco dziwnie, bo bawiła się dokładnie w tym miejscu, w którym kiedyś protestowała jej mama. Równocześnie to tam zrodziła się historia wspominana przez całą jej rodzinę i mieszkańców Zwentendorf. To tam również miały miejsce wydarzenia, które wpłynęły na politykę Austrii. Wspomniane zdjęcia możecie obejrzeć poniżej.

Źródło