Partyraiser – biografia

Partyraiser jest obecny w mainstreamie od około 10 lat. Wiedzieliście jednak, że istnieje na scenie już od prawie trzech dekad, co czyni go jednym z najdłużej działających artystów tej muzyki?

Partyraiser (właśc. Wesley van Swol) urodził się 6.10.1977 w holenderskiej miejscowości Wateringen leżącej pod Hagą. Wtedy Hardcore jeszcze nie istniał, ale Wesley już od małego interesował się muzyką, szczególnie Rock’n’Rollem, Reggae czy twórczością Elvisa Presleya. W 1989 roku w jego życiu pojawił się House, który na tyle mu się spodobał, że w wieku 16 lat postanowił zostać DJ’em, wtedy jeszcze używając gramofonu Marantza i miksera Alecto. Kiedy jednak odwiedził kilka imprez w legendarnych Energiehal czy Sporthallen Zuid, szybko zmienił swoje upodobania i wsiąkł w tworzącą się subkulturę Gabberów oraz muzykę im towarzyszącą, dlatego dalej to właśnie z nią rozwijał swój warsztat pod okiem starszego kolegi. Dojście do satysfakcjonujących umiejętności w miksowaniu zajęło mu wtedy zaledwie sześć miesięcy, a trzeba pamiętać, że w tamtych czasach wykorzystywano tylko vinyle i było to o wiele trudniejsze niż obecnie. Kiedy więc mama Wesleya zobaczyła, że jej syn naprawdę ma do tego smykałkę, zrobiła mu niespodziankę i pod nieobecność zamontowała w pokoju parę gramofonów Technics SL-1200 Mk2, mikser oraz resztę niezbędnego sprzętu, czym właściwie nakreśliła jego przyszłość. Taki rodzic to skarb!

Przygoda z miksowaniem zaczęła się w 1993 roku, a występy na pierwszych lokalnych imprezach przyszły dwa lata później – wtedy właśnie narodził się Partyraiser, bo musicie wiedzieć, że od samego początku posługiwał się on tylko tym aliasem. Mniej więcej w tym samym czasie Wesley poznał również Barta Reviera o pseudonimie Distroyer, z którym szybko stworzył duet, co zaowocowało ich pierwszymi utworami wykonanymi za pomocą FastTrackera 2. Obecnie powinniście go kojarzyć również z grupy Endymion czy projektu Mindcontroller. Początkowo były to amatorskie produkcje, ale im dłużej panowie razem tworzyli i występowali, tym ich umiejętności stawały się coraz większe. Aż w końcu w 1997 roku spotkali Vincenta Heijnena z holenderskiego labelu Gabber Network Records, któremu twórczość duetu na tyle przypadła do gustu, że postanowił wydać niektóre ich tracki na vinylu. Tak powstał pierwszy release Partyraisera zatytułowany „A New World Order”, na którym można było usłyszeć 6 utworów, w tym Kick Da Ballistic wybrany później przez Lady Danę i Dj’a Paula tytułem roku. Tak właśnie zaczęła się prawdziwa kariera obu panów, gdyż wydanie szybko zostało zauważone przez George’a Ruselera z Rige Entertainment (DJ Distortion), który zaproponował im kilka występów na większych imprezach, takich jak MegaRave czy Hardcore & Rave Megamarket. Obie odbywały się w Energiehal, czyli dokładnie w tym miejscu, w którym młody Wesley pokochał tę muzykę. Kiedy jednak panowie spełnili swoje młodzieńcze marzenie, ich drogi się rozeszły i od tamtej pory Partyraiser & Distroyer zaczęli rozwijać swoje kariery własnymi ścieżkami.

Zazwyczaj jest tak, że kiedy dany artysta zyskuje większą swobodę twórczą, staje się bardziej płodny. W tym przypadku było inaczej, gdyż Partyraiser praktycznie do 2005 roku przestał cokolwiek wydawać. Oficjalnie w tym czasie szukał własnego stylu i eksperymentował z innymi gatunkami (co akurat jest prawdą jeśli chodzi o jego DJ’ską karierę), jednakże przerwa w produkcji może sugerować, że we wcześniejszym duecie to Distroyer był głównym producentem, a Wesley nie miał wystarczających umiejętności aby poradzić sobie samodzielnie. W latach 1998 – 2005 skupił się więc na występach, których mu nie brakowało ze względu na jego wcześniejsze dokonania. Dodatkowo w tamtych czasach konkurencja na rynku była o wiele mniejsza i nie trzeba było mieć własnych produkcji żeby regularnie gdzieś grać, dlatego na brak pracy nie narzekał. Wtedy też zaczął występować po całej Holandii, wygrał drugi konkurs DJ’ski, uczył dzieci swojego fachu, a także skręcił trochę w stronę swojego wcześniejszego ulubionego gatunku, czyli House’u.

Dopiero w okolicach 2000 roku na dobre powrócił do Hardcore’u, kiedy to wystąpił po raz pierwszy na scenie Thunderdome’a podczas festiwalu Nature One, Hardcore 4 Life czy stworzył własny koncept o nazwie Doomsday, który również zaowocował w przyszłości – do tej pory Partyraiser nie tylko występuje, ale ma również udział przy organizowaniu imprez. Tak artysta nawiązał kontakt z innymi dużymi organizatorami, co zaowocowało wzrostem popularności nawet w Niemczech. Kolejnym ważnym krokiem w karierze było spotkanie Ilji Reimana, którego możecie kojarzyć z dokumentu „De eerste gabber” (Pierwszy Gabber). Był on twórcą cyklu Multigroove, a obecnie tworzy też Ground Zero. W tamtych czasach za to zajmował się również menedżerką i to właśnie on pokierował do sukcesu Lady Danę, Pavo, Flammana & Abraxasa, a później wziął pod swoje skrzydła również Partyraisera, co było wielką szansą. A co tak przykuło uwagę Ilji? Głównie charakterystyczny styl gry i doboru utworów, który ludzie szybko zaczęli kojarzyć z Partyraiserem. Dzięki tej współpracy artysta stał się jeszcze bardziej rozpoznawalny, w 2002 roku wystąpił nawet w Texasie i Oklahomie, a potem posypały się eventy typu Hellraiser, Judgement Day, Hardcore Gladiators, Digital Overdose (Niemcy), Defqon 1, Masters Of Hardcore, In Qontrol, Hellraiser vs. Megarave, Nature One czy Decibel. Od tamtej pory Partyraiser wystąpił praktycznie na wszystkich znaczących imprezach, łącznie z własnymi edycjami BKJN i Thrillogy w 2013 roku (po raz pierwszy wyprzedane), a nawet Qlimaksem.

A co z produkcjami? Te powróciły w 2005 roku kiedy Partyraiser stworzył razem ze Scrape Face duży hit wydany w Megarave Records, który nazywał się Harder Dan De Rest. Brzmi znajomo? BKJN do tej pory używa tego hasła przy swoich imprezach. W tym samym roku wydał też pierwszą część albumu One Man//Half Machine połączoną ze specjalnym eventem świętującym jego 12,5 roku na scenie. Może brzmi to głupio, ale to w końcu połowa 25-lecia, które potem obchodził w 2018 roku. Od 2005 roku Wesley już w miarę regularnie wydaje kolejne utwory, z czego najpopularniejszymi są Trip To Holland (z Dr Peacockiem), Sound Becomes One (z Destructive Tendencies), We Just Dont Stop (z Furyanem), Like An Animal, Ode to the Godfather, Partyraiser vs F. Noize vs Hyrule War ft. MC Syco – Legends Never Die (BKJN vs Partyraiser anthem), Operation: Core (z Dr Peacockiem), Who’s the Hardest (z Drokzem) czy Middle Fingers Up! (z Cryogeniciem). Ma też na koncie hymny Ground Zero, Snakepita oraz Harmony of Hardcore.

Dalszy rozwój kariery pozwolił Wesleyowi podpisać w 2007 roku kontrakt z agencją Make You Dance Bookings, a w październiku 2008 przepisać się do Platinum Agency, w której jest do dziś. Wszystko to w pewnym momencie pozwoliło Partyraiserowi zostać najczęściej zapraszanym hardcore’owym artystą. Dalej w 2013 roku opuścił Megarave Records na rzecz Rige, gdzie założył własny sub-label nazwany po prostu Partyraiser Records. Miał on służyć głównie wspieraniu mniejszych twórców o podobnym stylu muzycznym, a pierwszymi z nich byli Exotane i Darkcontrollers. Mniej więcej rok wcześniej Partyraiser zaczął mocno promować szybszy Hardcore, co początkowo było trendem w tej muzyce, a później wyewoluowało w oddzielny podgatunek nazwany Uptempo Hardcore. To właśnie on miał być głównie promowany przez nowy label. Sam gatunek cechuje się surowym brzmieniem, tempem w okolicach ~180-240 BPM, screetchami, charakterystycznymi kickami i praktycznym brakiem melodii, przynajmniej w głównej części utworu. W świecie Hardstyle’u odpowiednikiem jest Raw Hardstyle, który spopularyzował się w podobnym czasie i miał być odpowiedzią na coraz bardziej melodyjną i komercyjną muzykę.

Dalej należy wspomnieć o projekcie Scarphase, który zadebiutował podczas Masters of Hardcore 2016, a w jego skład razem z Partyraiserem wchodził F.Noize i przyszła żona Partyraisera. Ta ostatnia machała jedynie flagą i rozrzucała merchandise, ale później wokół niej stworzono również ghostprodukowany projekt Bulletproof. Obecnie Wesley pozostaje jednym z najpopularniejszych artystów w świecie Hardcore’u, stale występuje na głównych scenach, ciągle wydaje kolejne produkcje, ale równocześnie pozostaje wierny swojemu stylowi, co fani bardzo u niego doceniają. Nie zapowiada się też żeby niebawem coś miało ulec zmianie.

Ciekawostki:

  • Sound Becomes One powstało z myślą o tacie Wesleya, który zmarł 2,5 roku przed wydaniem. Utwór został wybrany trackiem roku 2015 w głosowaniu Masters of Hardcore.
  • Jego żona jest o 14 lat młodsza, a poznali się u niej w pracy
  • Podczas swojego występu na Tomorrowlandzie 2018 w pewnym momencie Partyraiser zatrzymał muzykę i poprosił kilka osób, aby zaprzestały prób robienia pogo. Według niego, takie rzeczy miały miejsce 10 lat temu i teraz już nie są mile widziane.

Phuture Noize – od duetu po nową gwiazdę HS-u

Obecnie Phuture Noize to solowy projekt prowadzony przez Marco Spronka, który urodził się 11.09.1994 w holenderskiej miejscowości Giessen. Całość jednak powstała w 2009 roku jako duet założony razem z Antoinem Kraaijm, który był o 2 lata starszy od 14-letniego wówczas Marco. Ten drugi z nich zainteresował się produkcją muzyki już w wieku 12 lat, grał na keyboardzie, a potem przerzucił na FL Studio i zaczął poznawać kolejne elektroniczne gatunki. Chłopaki od razu przeszli do działania, bo już na starcie wydali pierwsze dwa utwory w Mindsvision Records. Przeszły one jednak bez echa, ponieważ z powodu młodego wieku i braku doświadczenia, ich technika produkcji wymagała jeszcze dopracowania. Poważniejsza kariera zaczęła się w 2011 roku, kiedy to Deepack usłyszał ich kolejne produkcje i zaprosił do Hardcopy Records oraz Dirty Workz Anarchy. W przyszłości ten duet bardzo pomógł chłopakom.

W późniejszym czasie ukazywały się kolejne utwory, które stawały się coraz lepsze. Poskutkowało to chęcią pchnięcia dalej swojej kariery i w 2013 roku wydaniem pierwszego albumu o nazwie Music Rules The Noize. W ten sposób Phuture Noize stali się jednymi z najmłodszych osób, które wydały profesjonalną hardstyle’ową płytę. Od tego momentu duet ten stawał się coraz popularniejszy, co poskutkowało szybkimi bookingami na takich imprezach jak Hard Bass 2014 jako część Teamu Red, Defqon.1, The Qontinent, Q-BASE, Loudness 2013 (gdzie po raz pierwszy wystąpili Live), Reverze i wiele innych. Dodatkowo utwory z albumu stale były supportowane przez najbardziej popularnych artystów.


Najlepsze miało jednak dopiero nadejść, bo już w 2015 roku ukazał się drugi album o nazwie Phuture Propaganda, który utrwalił pozycję Phuture Noize na scenie i pokazał, że duet osiągnął dojrzałość w swojej produkcji oraz wyznaczył własny styl, którego trzyma się do dzisiaj. Warto dodać, że całość miała powstać jako EP-ka z 8 utworami, ale twórcy stwierdzili, że wolą ją rozszerzyć do pełnej płyty oraz stworzyć całą historię na niej opowiadaną. Ten schemat zresztą nadal obowiązuje, bo Marco później również starał się, aby utwory z albumu były powiązane wspólnym motywem przewodnim. Największymi hitami z Phuture Propagandy były tytuły „Terrordome”, „Paranoid”, „Robots To The System” i 'Hope’, a całość zawierała także kolaboracje z artystami takimi jak Ran-D, Hard Driver, Endymion czy Omegatypez. Warto także dodać, że przy produkcji twórcy inspirowali się m.in. wykonawcami Flume, Chrome Sparks i RUFUS, a całość była bardzo zróżnicowana, bo zawierała chórki, melodie, mocne kicki czy reverse bass. Twórcy zresztą zawsze przyznawali, że często inspirują się innymi gatunkami muzycznymi (głównie chillową elektroniką, drum and bassem, dubstepem, muzyką klasyczną i deep housem) oraz nie chcą być klasyfikowani jako rawowi artyści – chcą po prostu tworzyć Hardstyle.

Po wydaniu Phuture Propagandy – dokładnie 1 września 2015 roku – duet ogłosił, że się rozdziela, a dalej projektem Phuture Noize będzie zajmował się już tylko Marco. Nie podano konkretnego powodu, lecz można się go domyślać. Często bowiem bywa tak, że młodzi artyści wolą rozpoczynać karierę wspólnie z kimś, kto będzie ich wspierał. Dodatkowo zdarza się, że jedna osoba potrafi produkować, ale nie jest DJ’em, więc potrzebuje kogoś do kompletu. Gdy jednak Marco dorósł (zakładając Phuture Noize miał zaledwie 14 lat, więc pewnie przydał się ktoś starszy), nauczył grać, a za produkcję tak czy inaczej najprawdopodobniej odpowiadał tylko on (po rozstaniu styl pozostał taki sam), Antoine stał się zbędny, a kontynuowanie projektu solo pozwalało na większą swobodę. To tylko domysły, ale wszystko wskazuje na to, że tak właśnie było. Potwierdza to fakt, że Antoine później nie rozpoczął solowej kariery, a przerzucił się na zwykłą pracę. Ostatni wspólny występ odbył się 12 września 2015 roku na Q-Basie.

Nie można jednak powiedzieć, że rozstanie zaszkodziło projektowi, bo już w 2017 roku Marco wypuścił kolejny album, który tym razem nazywał się Pursuit Of Thunder, a w 2018 Black Mirror Society. Obie płyty zostały ponownie bardzo dobrze odebrane i utwierdziły stabilną pozycję Phuture Noize’a jako jednego z najpopularniejszych artystów. Na pewno większymi osiągnięciami było stworzenie hymnu Qapitala 2018, a w tym roku współtworzenie hymnu Defqonu. Po tym produkcyjnym maratonie Marco jednak zapowiedział, że robi sobie kilkumiesięczną przerwę od tworzenia kolejnych utworów, ponieważ wydał prawie 3 albumy w zaledwie 2,5 roku.

Ciekawostki:
➡Marco Spronk razem z Walterem van der Steltem tworzyli electro house’owy duet o nazwie S1ngular, ale był tam jedynie producentem, podczas gdy Walter miał być twarzą projektu. Duet wydał jednak tylko kilka utworów i nie jest aktywny od 2016 roku.

➡Wbrew podejrzeniom, nazwa Black Mirror Society nie nawiązuje do serialu Netfliksa. Marco podobno wcześniej nawet nie wiedział o jego istnieniu i obejrzał dopiero gdy ludzie zaczęli go pytać, czy tytuł albumu jest z nim powiązany. Samo Black Mirror Society ma oznaczać „prawdziwe i fałszywe życie – realne i online”. A że nie są one swoim odzwierciedleniem, powstaje czarne lustro. Nie ma też między nimi symetrii – stąd ta niesymetryczna linia na okładce płyty.

➡Przy okazji Black Mirror Society powstało 18 utworów, ale 6 z nich Marco porzucił, bo nie był zadowolony z efektu. Całe prace trwały 8 miesięcy.

Dr Peacock – kariera

Dr Peacock (właśc. Stefan Petrus Dekke) urodził się 31 lipca 1988 roku w holenderskiej miejscowości Limmen i już od najmłodszych lat za sprawą swoich rodziców był skazany na muzykę. Bez przerwy słuchali oni bowiem holenderskiej stacji Radio 10 Gold, która w tamtych czasach specjalizowała się w utworach z lat 60-80′. Upodobanie do wyższego tempa pojawiło się za to kiedy Steve miał 8/9 lat, gdyż wtedy jego kuzyn podarował mu pierwsze kompilacje Thunderdome’a. W tamtych latach zresztą w Holandii słuchało się albo radiowych hitów, albo Hardcore’u/Happy Hardcore’u. Inni uczniowie w szkole do której chodził Steve preferowali tę drugą opcję, dlatego i tak nie miał większego wyboru.

Swoje pierwsze kroki w DJ’ce stawiał natomiast już w wieku 12 lat, kiedy zaczął miksować Terror, mainstreamowy Hardcore czy Industriale. W tamtych latach uczył go grać na vinylach DJ Viruz, który również prowadził sklep z nagraniami w Eindhoven. Około 2005 roku młody Steve udał się więc do niego i trafił tam na koszyk podpisany “Herrie” (Hałas). Takie skatalogowanie go zainteresowało, dlatego postanowił przesłuchać kilka utworów. A po tym jak trafił na produkcje The Sickest Squad i Radium, wiedział już, że to właśnie będzie jego ulubiony gatunek.

Dr Peacock

Sam Frenchcore był wtedy popularny głównie we Francji, dlatego w 2004 roku Peacock zaryzykował i próbował samodzielnie coś organizować w okolicznym klubie (mając zaledwie 16 lat!). Całość okazała się sukcesem i frekwencja dopisywała, jednakże po kilku latach klub i tak ogłosił bankructwo, dlatego Steve musiał rozglądać się za innymi eventami. Wtedy tak naprawdę zaczęła się jego kariera, gdyż już dokładnie 9 października 2010 roku udało mu się wystąpić na imprezie Beter Kom Je Niet organizowanej w Culemborg. Na secie było wtedy obecne około 100 osób, ale mimo to po występie szybko pojawiły się kolejne bookingi. Jak jednak wiadomo, obecnie ciężko zyskać na popularności będąc jedynie DJ’em, dlatego Peacock mniej więcej w tym samym czasie zaczął brać lekcje produkcji i uczyć się tworzenia własnych dźwięków. Duża rolę odegrali w tym Marcus Decks oraz Jasper Broeks (aka Chrono), którzy go szkolili i użyczali swojego studia.

Jego pierwszym oficjalnie wydanym tytułem był „A Trip To Bulgaria”, który ukazał się w GGM Digital. Później przyszło The New Crowd, Vive La Volta, Gg-ram i Nowhere To Run w Srf Audio czy Psychik Genocide, a już w 2013 roku Steve założył własną niezależną wytwórnię Peacock Records, dzięki czemu zyskał platformę do wyrażania swojego specyficznego stylu muzycznego. A skoro jesteśmy przy labelach, należy też wspomnieć, że w 2017 roku utworzył on kolejny o nazwie Frenchcore Worldwide, natomiast w 2019 roku Euphoric Frenchcore Records. Później zapraszał do nich i promował także innych artystów.

Po pojawieniu się pierwszych produkcji i coraz częstszych występach, Peacock zaczął myśleć o rozpoczęciu profesjonalnej kariery muzycznej. Kiedy więc w 2011 roku skończył szkołę, od razu rzucił zwykłą pracę i skupił się już tylko na tym. Zaangażowanie i wyjątkowa produktywność sprawiła, że w kolejnych latach wypuścił mnóstwo hitów, takich jak Trip to Ireland, Vive La Frenchcore, World Of The Dream, Frenchcore Worldwide, Trip to Holland, Eat this czy It’s Called XTC. Wszystkiego nie ma co wymieniać, gdyż liczba jego releasów zbliża się do setki, a ze względu na dość przystępne melodyjne dźwięki, nadają się one również dla osób preferujących lżejszą muzykę i notują milionowe odsłuchy. Tak szybki wzrost popularności już w 2012 roku poskutkował występem na Thunderdomie, co od dziecka było marzeniem Steve’a.

Obecnie Dr Peacock jest jednym z najpopularniejszych producentów Frenchcore’u, występował praktycznie wszędzie (nawet w USA czy Australii) i uznaje się, że wręcz zmienił cały gatunek. Jest w tym dużo racji, bo Frenchcore w jego wykonaniu znacznie różni się od oryginalnego zamysłu. Dzięki używaniu popularnych i lekkich melodii sprawił on, że niejako ten gatunek „wszedł na salony”. Przykładowo, to właśnie Peacock był pierwszym frenchecore’owym artystą, który wystąpił na Qlimaksie. Ustalmy sobie jednak coś, bo niektóre młodsze osoby mogą mieć błędne przeświadczenie: Peacock ani Sefa nie wymyślili Frenchecore’u, a jedynie wypromowali go poprzez stworzenie bardziej melodyjnej i przystępniejszej odmiany. Sam gatunek sięga początku lat 90′ i za jego prawdziwych pionierów należy uznać takie aliasy jak Radium, Micropoint, Le Bask czy Progamers. Dopiero jednak po pojawieniu się nowej fali artystów wiele osób poznało ten gatunek i zaczął on częściej pojawiać się na imprezach. Jako datę graniczną uznaje się tu okolice 2016 roku. Ze względu na napływ nowych osób – niekoniecznie znających historię – starsi słuchacze często niechętnie patrzą na świeżaków. Z drugiej strony to dzięki tej modzie teraz jest więcej imprez i frenchcore’owych scen, więc coś za coś. Za to sam Radium czy Micropoint (jedni z pierwszych frenchecore’owych artystów) nie mają z tym problemu i nawet współpracowali z Peacockiem przy organizacji Vive La Frenchcore.

Shoty:

  • Podczas pandemicznej przerwy Dr Peacock nie próżnował i stworzył nowy biznes pod nazwą Harderclass. Założeniem jest powstanie platformy do nauki produkcji muzyki, w której biorą udział różni znani artyści. Pierwsze kursy są już dostępne, a niedawno we współpracę weszło Q-Dance, co pozwala rokować, że całość utrzyma się również po zakończeniu pandemii.
  • Pod koniec 2017 roku Dr. Peacock zapowiedział, że najprawdopodobniej już nigdy nie będzie latał samolotem. Wszystko z powodu tak zwanego syndromu aerotoksycznego, mogącego być wynikiem ekspozycji na wyziewy szkodliwych substancji niezbędnych do funkcjonowania samolotu. Jego objawami jest chroniczne zmęczenie, nudności, podrażnienie błon śluzowych, senność czy schorzenia układu nerwowego. Według Steve’a, symptomy narastały stopniowo, dlatego od 2016 roku w ogóle przestał latać i odwołał swoje dalsze trasy. Z tego też powodu jego występy ograniczają się głównie do Holandii, Niemiec, Belgii i krajów ościennych.
  • Steve jest najbardziej dumny z utworu Rise of the forgotten, ponieważ każdy dźwięk – łącznie z instrumentami – wykonał tam samodzielnie. Na drugim miejscu jest World of the dream z Sefą. Jeśli zaś chodzi ogólnie o jego ulubione utwory, byłyby to: 1. Shpongle – Dorset Perception 2. Paolo Conte – Max 3. Hans Zimmer – Time.
  • Jest wielkim fanem węgierskiego Ozora Festival i był tam już kilka razy. Z tego powodu też zainteresował się produkcją gatunku Psy-dub oraz zaprezentował go pewnego razu na scenie Big Chill podczas Defqonu. Posłużył się wtedy aliasem St. Benhard.
  • Pierwszym kupionym przez Steve’a utworem był Jones & Stephenson – The First Rebirth. Skądinąd powinniście kojarzyć tamtejszy główny motyw – kto pierwszy trafi?
  • Jego sztandarową serią jest Trip to…, gdzie w każdym utworze stara się zawrzeć charakterystyczne dźwięki dla danego kraju lub regionu. Nawet Polska doczekała się swojego tripa, jednakże poza słowem „kur**” całość brzmiała bardziej na Rosję, dlatego nie została dobrze odebrana w naszym państwie. Ciekawostką za to jest, że Trip to Turkey codziennie leci w kebabie mieszczącym się nieopodal domu Peacocka.
  • W wolnych chwilach Dr. Peacock słucha muzyki klasycznej i holenderskiego radia NPO radio 4. Czasami Speedcore’u i Terroru dla wyluzowania lub jakiejś muzyki psychodelicznej. Frenchcore’u praktycznie nigdy, a jeżeli już to tylko starszego, od artystów typu Cardiak czy The Speed Freak. Co ciekawe, Steve sam tęskni za starszym Frenchcorem, a swoją czy Sefy muzykę określa bardziej jako Uptempo Hardstyle lub Euphoric Frenchcore.
  • Poza zwykłymi setami Steve ma również projekt Peacock in Concert, czyli występ wraz z całą orkiestrą. Premiera była na Unlocked 2016 roku, w 2017 wystąpili już na scenie Black podczas Defqonu, a rok później całość zorganizowano na scenie głównej. W międzyczasie odbyło się kilka autorskich eventów i doszła śpiewaczka operowa oraz skrzypce. Początkowo na pianinie grał tam też Sefa, jednakże w 2019 roku ogłosił odłączenie się od projektu. Sam Steve traktuje Peacock in Concert jako jedno ze swoich największych życiowych osiągnięć.
  • Gdyby kariera muzyczna nie wypaliła, Dr Peacock prawdopodobnie nadal pracowałby w restauracji Johanna’s Hof, która specjalizuje się w naleśnikach. Była to jego pierwsza praca, gdzie 4 lata spędził jako kelner i 5 lat jako kucharz. Steve całkiem lubił to zajęcie i jak sam twierdzi, mógłby w przyszłości otworzyć własną restaurację, gdzie przynajmniej raz w tygodniu sam przygotowywałby posiłki. A gdybyście chcieli odwiedzić jego dawne miejsce pracy, Johanna’s Hof mieści się w holenderskiej miejscowości Bakkum.

Atmozfears – historia projektu

Wiedzieliście, że kiedyś Atmozfears to było trio?

Projekt został założony w 2008 roku, a początkowo w jego skład wchodził Kanadyjczyk Kevin Keiser i Holender Michael Jessen, którzy najprawdopodobniej poznali się przez internet. Później dołączył do nich jeszcze mający nieco więcej doświadczenia Tim van de Stadt z Enschede. Wtedy jednak była to bardziej koleżeńska zabawa w muzykę niż coś poważnego, a chłopaki po prostu próbowali tworzyć amatorskie produkcje. Jessenowi szybko się to znudziło, dlatego krótko po założeniu formacji opuścił projekt. W 2012 roku wydał jeszcze utwór Around pod aliasem Humanoise, ale potem całkowicie porzucił swoje dotychczasowe hobby. Ostatnie informacje o nim mówią, że swego czasu podróżował po całej Europie pracując dla Facebooka.

Na polu walki pozostało więc już tylko dwóch panów, którzy w latach 2008/2009 wydali kilka utworów w Explosive Records, DJ’s United Records i Kattiva Records. Przeszły one raczej bez większego echa, chociaż przy jednym z nich (Our Destiny) współpracowali z artystą The Vision, który później też stał się całkiem rozpoznawalny. Przełom nastąpił dopiero w 2012 roku, kiedy Scantraxx docenił ich dema i zaproponował podpisanie kontraktu. Dzięki temu przed Timem i Kevinem otworzyły się nowe możliwości oraz z miejsca dostali możliwość zagrania na kilku imprezach. Między innymi dlatego Kevin postanowił przeprowadzić się z Vancouver do Holandii.

atmozfears duet

Chłopaki chyba jednak zareagowali nieco zbyt entuzjastycznie, bo szybko wyszło na jaw, że na tym etapie nie da się jeszcze wyżyć z muzyki. Dodatkowo Kevin nie mógł się odnaleźć w Holandii, a Tim był bardziej doświadczonym producentem, dlatego wszystko zaczęło spoczywać na jego barkach. Z tego powodu 1 lipca 2013 roku panowie postanowili się rozłączyć i od tamtej pory alias Atmozfears należał już tylko do Tima. Obaj pozostali jednak w dobrych relacjach, a nawet kiedyś spotkali się w Vancouver przy okazji jednego z występów, ponieważ Kevin wrócił do wcześniejszego miejsca zamieszkania. Później próbował jeszcze swoich sił w muzyce pod aliasem Inferno, ale chyba nic z tego nie wyszło.

Dalej mówiąc o Atmozfearsie mamy więc na myśli już tylko osobę Tima van de Stadta. Już od dziecka był on skazany na muzykę, ponieważ rodzice w wieku 5 lat kazali mu uczyć się gry na pianinie (co robił przez kolejne 9 lat) oraz zapisali do męskiego chóru. Wszystko to dało solidne podstawy oraz zaowocowało w przyszłości. Później w wieku 14 lat Tim zainteresował się programami do tworzenia muzyki elektronicznej i dalej w tym kierunku dopracowywał swoje umiejętności. Najpierw jednak padło na Trance, potem Jumpstyle, a dopiero później wybrał on Hardstyle, przy którym już pozostał.

Kolejne ważne wydarzenie miało miejsce kiedy Tim miał 18 lat, ponieważ JDX (osoba odpowiedzialna za hit Live the moment i oprawę dźwiękową wielu eventów) trafił w internecie na filmik prezentujący jego umiejętności w grze na pianinie. Zrobił on na nim wrażenie, dlatego zaproponował kontrakt w jego wytwórni JDX Music. Do stałej współpracy nie doszło, ale pod aliasem Atmozfears wydano tam w 2011 roku 3 utwory. Zamiast tego Tim został zaproszony do Los Angeles, aby podszkolić się pod okiem JDX-a i przy okazji podpatrzeć przygotowania oprawy dźwiękowej nadchodzącego Qlimaksu. Przeprowadzka na jakiś czas wiązała się z porzuceniem szkoły, ale rodzice sami mu to doradzali.

W Ameryce Tim zetknął się z inżynierią dźwięku i produkcją prawdziwej muzyki filmowej, ponieważ firma JDX-a miała również udział przy tworzeniu podkładu do filmu Mroczny Rycerz Powstaje. Wszystko to miało później duży wpływ na jego dalszą karierę, a w szczególności takie produkcje jak hymn Qlimaksu z 2015 roku, gdzie potrzebna jest podniosła melodia. Później Atmozfears powrócił do Holandii i zaczął intensywnie pracować nad solowymi produkcjami, a każda z nich zdobywała coraz większą popularność.

Największy przełom jednak nastąpił w 2014 roku, kiedy wraz z Code Blackiem stworzył on Accelerate (Official XXlerator Anthem 2014), który okazał się ogromnym hitem. W tamtym czasie Atmozfears był uważany za młodociany talent, który w ten sposób został wypromowany przez Code Blacka. Co ciekawe, sam Tim w pierwszych wywiadach zawsze podawał, że za wzór do naśladowania uważa właśnie Code Blacka, Noisecontrollersa i Wildstyleza oraz w przyszłości chciałby z nimi współpracować. Spełnienie tego marzenia nie trwało długo, a obecnie ci artyści stoją na tym samym poziomie i byli w jednych labelach. Dodatkowo wraz z Code Blackiem i Toneshifterzem Atmozfears tworzy teraz TAC Team.

tac-team-hardstyle

Dalej Tim stale wydawał kolejne utwory, które pozwoliły mu stać się obecnie jednym z najbardziej rozpoznawalnych hardstyle’owych artystów. Najważniejsze z nich to Starting Over (z Code Blackiem), Release, Keep Me Awake, What About Us i Reawakening (z Audiotricz), You & Me (z Toneshifterzem), Equilibrium (Qlimax 2015 anthem), Live Loud (Decibel 2019 anthem), Bass Modulators – Bounce & Break (Atmozfears Remix) oraz All That We Are Living For z Hardwellem. Co ciekawe, w tym ostatnim przypadku Hardwell sam się odezwał do Atmozfearsa i jako że blisko mieszka, zaproponował odwiedziny i stworzenie wspólnego kawałka, ponieważ bardzo podobała mu się praca Tima. W ciągu kariery wystąpił on też właściwie na wszystkich znaczących eventach, także na innych kontynentach. Obecnie nigdzie się nie wybiera i wygląda na to, że pozostanie na szczycie jeszcze przez długi czas – pod względem jakości produkcji, to zdecydowanie czołówka gatunku.

Ciekawostki:

➡ W 2016 roku stworzył 75 pendrive’ów w metalowych pudełkach, na które wrzucił mini album i 22 niewydane wcześniej mashupy, remixy czy edity. Pendrive nazywał się ATMOZFEARS, został podzielony na foldery „Atmozfears Minialbum” i „Atmozfears Unreleased”, a dostać go można było jedynie osobiście podczas występów artysty. Oczywiście później został on udostępniony w internecie przez obdarowanych.
➡ Przy produkcji używa FL Studio, keyboardu i sprzętu typu Virus TI/c.
➡ Bardzo lubi gry komputerowe, a w szczególności Rocket League i Overwatch.
➡ Swego czasu utworzył alias TVDS (jego inicjały), pod którym wydawał swoje eksperymentalne utwory m.in. w labelu Monstercat. Po czasie stwierdził, że szkoda je tak po prostu wypuszczać bez echa, dlatego stworzył alias ATMO, w którym był producentem, a jego znajomy pełnił funkcję DJ’a i grał na imprezach. Oba projekty zostały już jednak porzucone.
➡ Spoza hardów, jego ulubieni artyści to Noisia, Kill the Noise i Skrillex
➡ Hymn Qlimaksu Equilibrium powstał w sypialni, bo Tim się wtedy przeprowadzał i jeszcze wszystkiego nie urządził. Przykrył więc meble kocami dla lepszej akustyki i sporo używał słuchawek, co też było dużym wyzwaniem.
Nad hymnem spędził ponad 300 godzin i wzorował się na The Source Code of Creation.
➡ W 2017 roku wraz z Noisecontrollersem, Bass Modulators i Audiotricz założył label Spirit of Hardstyle, ale był on raczej zaniedbywany, dlatego obecnie połączył się z Art of Creation. Atmozfears jednak wcześniej odszedł do I Am Hardstyle, ponieważ stwierdził, że całość była za bardzo zbiurokratyzowana, a on woli się zajmować tylko produkcją muzyki.
➡ Na początku 2017 roku opublikował na swoim prywatnym facebookowym koncie post, w którym wyjawił, że Energyzed wykradł z komputera jego projekty i sprzedawał jako własne, a wszystkie ich wcześniejsze collaby były tak naprawdę samodzielną pracą Tima, który chciał pomóc wypromować swojego kolegę. Wydarzenia te zniszczyły karierę Energyzeda.

Dowiedzieliście się czegoś nowego z tego tekstu? Jakie są Wasze ulubione produkcje Atmozfearsa? A może macie kolejne propozycje artystów, których moglibyśmy dla Was zaprezentować?

Atmozfears

Noisecontrollers – biografia

Noisecontrollers początkowo byli duetem składającym się z dwóch Holendrów – Bas Oskam (ur. 14.08.1980) i Arjan Terpstra (ur. 1981). Pierwszy z nich już od 4. roku życia interesował się muzyką, gdyż właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszał twórczość Jean-Michel Jarre’a. Później próbował sam ją tworzyć – najpierw na keyboardzie kupionym przez ojca, a w wieku 14 lat w programie FastTrack 2. Szybko stał się w tym na tyle biegły, że aby dalej rozwijać swoje hobby, matka pożyczyła mu pieniądze na stworzenie swojego pierwszego studia. Nie było ono zbyt rozbudowane, ale pozwalało już na stworzenie profesjonalnie brzmiących Hard Trance’owych utworów.

Przeszłość Arjana jest mniej znana, lecz wiadomo, że on w tym czasie też był zainteresowany produkcją, tylko rapowych beatów dla grupy Codewoord (która rozpadła się w 2003 roku), Hard Trance’u i Hardcore’u. Wtedy używał m.in aliasu Chaeljo, a w 2009 roku też Killer Clown. Obaj panowie poznali się pod koniec 2005 roku na forum dla producentów i po wymienieniu trzech wiadomości postanowili spotkać, aby porozmawiać o muzyce i podzielić wspólnymi spostrzeżeniami. Wtedy też wpadli na pomysł połączenia sił, jednakże musieli ustalić, na jakim gatunku muzycznym się skupią. Po krótkiej dyskusji uznali, że najlepiej postawić na połączenie wcześniej produkowanych Hard Trance’u oraz Hardcore’u, czyli Hardstyle. I tak powstał projekt Noisecontrollers.

Już w 2006 roku panowie wypuścili do internetu swoje początkowe produkcje (“Wanna Freak You” zostało nawet wydane przez niszowy label DJS-Records) i zaliczyli występy w klubach. Pierwszy z nich odbył się w Enschede, po tym jak chłopaki zapytali właściciela czy mogliby kiedyś wystąpić za darmo. Ich utwory całkiem mu się spodobały, dlatego dał im szansę. Nie spodziewali się jednak, że z miejsca będą supportować gwiazdę Jumpstyle’u (a wtedy był on bardzo popularny) i zagrają dla 1500 osób. Warto nadmienić, że wtedy Bas zupełnie nie potrafił grać i całą robotę wykonywał Arjan, a on tylko tańczył za konsoletą. Dzięki temu występowi ich utwory zyskały na popularności (trzeba też pamiętać, że w tamtych czasach konkurencja była o wiele mniejsza), aż w końcu przykuły uwagę labelu Fusion. Ponadto jego przedstawiciele zauważyli, że styl tych utworów mocno nawiązywał do Donkey Rollers. Nikt nie miał tego jednak za złe, za to doceniono talent autorów i postanowiono zaprosić ich do współpracy. Wtedy jeszcze chłopaki nadal się uczyli, dlatego nakazano im stworzyć coś zupełnie nowego, tym razem ze wsparciem zawodowców. I tak powstała EP-ka Creatures wydana w 2007 roku, która również oznaczała osiągnięcie przez duet samodzielności oraz poziomu produkcji pozwalającego na bezpośrednie wydawanie w labelu. Wtedy też rozpoczęła się prawdziwa kariera Noisecontrollers, ponieważ z miejsca ich kalendarz wypełniły międzynarodowe bookingi.

W maju 2008 roku Bas poczuł się jak półprofesjonalny artysta, gdyż pracował od 8 do 16 jako nauczyciel w liceum (taka ciekawostka), a po lekcjach jechał prosto na samolot do Włoch. Łączenie występów ze zwykłą pracą było jednak ciężkie, dlatego panowie uznali, że warto by postawić wszystko na jedną kartę i w pełni rozwinąć swoją karierę. Wtedy też dostali profesjonalne studia w Eindhoven, gdzie mieściła się siedziba Fusion – każdy oddzielne, ale w tym samym budynku. Bas i Arjan nie musieli pracować przy jednym stanowisku, ponieważ to ten pierwszy zajmował się produkcją utworów (wyjątkiem były tu hymny, które tworzyli razem), a drugi przygotowywał materiały do setów i live actu założonego w tym samym roku wraz z MC Renegedem.

W międzyczasie Noisecontrollers wydali jeszcze całkiem popularne m.in Crump, Marlboro Man czy Shreek, a w 2009 roku zmienili agencję bookingową na Q-Dance, co pozwoliło im stworzyć hymn Ctrl.Alt.Delete (In Qontrol Anthem 2009) oraz jeszcze w tym samym roku po raz pierwszy wystąpić na Qlimaksie. A skoro już wspomnieliśmy o słynnym hymnie, należy tu zauważyć, że uznaje się go za utwór, który zmienił cały gatunek muzyczny. Wszystko przez charakterystyczny kick bazujący na tytułach Donkey Rollers – Followers oraz Immeasurably. Od tamtej pory wszyscy chcieli kopiować ten dźwięk i wyznaczył on standardy na lata. Nawet obecnie wiele produkcji opiera się właśnie na tym kicku.

Później kariera potoczyła się już błyskawicznie, ich utwory były jednymi z najczęściej granych, a Noisecontrollers występowali na całym świecie, łącznie z trasą po Australii. W tym czasie wydali też m.in takie hity jak Tonight z Headhunterzem i Wildstylezem, Yellow Minute, Attack Again, Revolution Is Here, Samara, Faster N Futher czy Jaydee z Toneshifterz. Kolejny ważny moment w karierze nastał w 2010 roku, kiedy to Bas postanowił przenieść się do studia Scantraxxu. Początkowo miało chodzić jedynie o studio, a wydawać mogli dalej w Fusion. Powodem była tu odległość z Utrechtu do Eindhoven, która pochłaniała zbyt wiele czasu. Arjan został w tym samym miejscu, ponieważ i tak rzadko się pojawiał w studiu. W ten sposób powstała przyjaźń z Prophetem, Wildstylezem i Headhunterzem, którą Bas do tej pory bardzo sobie ceni. Podobało mu się również to, że wszyscy mieli studia obok siebie, na bieżąco mogli oceniać swoją pracę oraz dawać wskazówki. Czasami spędzali nawet całe noce bawiąc się muzyką.

W listopadzie 2010 roku Noisecontrollers oraz Wildstylez ogłosili porzucenie Fusion i Scantraxx’u na rzecz własnego labelu o nazwie Digital Age. Chodziło głównie o możliwość łatwiejszego wydawania swoich utworów, gdyż ich poprzednie wytwórnie mocno się rozrosły, co powodowało długie kolejki do wolnych terminów. Wydali tam na przykład Big Bang czy Stardust. Całość jednak działała zaledwie do 2012 roku, a później Noisecontrollers zaczęli samodzielnie wydawać swoje utwory pod marką Noisecontrol, natomiast Wildstylez wspólnie z Be Yourself Music założył Lose Control Music. W tym samym roku duet wydał swój pierwszy album o nazwie E=NC2, który okazał się wielkim sukcesem, a także miał swoje własne X-Qlusive w Heineken Music Hall. Polecamy filmiki z tej imprezy, bo panowie spektakularnie zjechali tam na linach spod sufitu. Dodatkowo w 2012 wydano dwa eksperymentalne tytuły łączące ze sobą różne gatunki: Get Loose wraz z braćmi Showtek oraz remix Hardwell – Apollo. Ogólnie Bas z Noisecontrollers słynie z zabawy muzyką i wplatania w swoje produkcje elementów hip hopu, hardcore’u, dubstepu czy nawet ambientu.

Kolejny wielki przełom przyniósł rok 2013, kiedy w świat Hardstyle’u uderzyła wiadomość o rozpadzie Noisecontrollers. Ich ostatnim dużym wspólnym eventem był Qlimax 23 listopada, a następnie klubowy występ 21 grudnia w Helsinkach i Finlandii. Później już tylko Bas miał działać pod dotychczasową nazwą, natomiast Arjan poświęcić innej działalności i zaprzestać ciągłych podróży. A co było powodem rozpadu duetu? Oficjalnie różnice w wizji artystycznej, ale łatwo się domyślić, że skoro tak naprawdę tylko Bas zajmował się produkcją i w międzyczasie nauczył też DJ’ki, Arjan już był trochę zbędny. Dodatkowo obaj żyli daleko od siebie, co utrudniało współpracę. Od tamtej pory Noisecontrollers to już solowy projekt, a tymczasem Arjan zajął się tworzeniem dubstepu jako Bloqshot. Później ghostował też producentów z innych gatunków muzycznych – i to całkiem udanie – bo jego praca podpisana jako The Boy Next Door, Fresh Coast ft. Jody Bernal – La Colegiala pokryła się platyną.

Jak to zwykle bywa, po rozłamie Noisecontrollers zyskał drugie życie i szybko zapowiedział eksperymentalny album „All Around”. Pojawił się on 1 czerwca 2014, a jeszcze w tym samym roku Bas został poproszony o stworzenie hymnu Qlimaksu The Source Code Of Creation. Reszta historii jest już znana, chociaż warto dodatkowo wspomnieć o wydaniu w 2015 roku albumu All Night Long zawierającego 18 materiałów studyjnych stworzonych w latach 2013-2015, założeniu w 2017 roku wraz z Bass Modulators, Atmozfearsem i Auditricz labelu Spirit of Hardstyle, który niedawno połączył się z Art of Creation oraz świętowaniu w 2019 roku równo 200 releasów poprzez utwór 200 Dreams razem z Wildstylezem. Nie został on jednak zbyt ciepło przyjęty.

Obecnie Noisecontrollers jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów w świecie Hardstyle’u, wystąpił praktycznie na każdej większej imprezie z muzyką elektroniczną, ma na koncie też hymny IQON, Hard Bassu, Decibela czy Q-Base’u, mnóstwo klasyków oraz stale wydaje utwory zachwycające szczegółowym wykonaniem. Ze względu na swój kunszt, przez wielu producentów jest uznawany wręcz za autorytet.

Ciekawostki:

W 2012 roku oficjalnie ukazał się darmowy dodatek do gry Take on Helicopters, który pozwalał wcielić się w Noisecontrollers i pilotować ich własny helikopter, a także dodawał hardstyle’ową ścieżkę dźwiękową.

Melodia do So High została stworzona przez Basa jeszcze gdy był nastolatkiem i już wtedy uważał, że jest świetna. Nie potrafił jednak jej wykorzystać, ale przy tworzeniu albumu E=nc2 spróbował ponownie i się udało. Kiedy Arjan oraz Headhunterz to usłyszeli, od razu stwierdzili, że to będzie najlepszy track roku.

W 2016 roku Noisecontrollers wystąpił na Defqonie razem z Sanderem Van Doornem, co było następstwem ich wspólnej produkcji Just Can’t Get Enough.

Noisecontrollers wielokrotnie znajdowali się w rankingu Dj Mag Top 100. Po raz pierwszy na 90. pozycji w 2010 roku, a później kolejno 35., 27., 66. i 67..W latach 2015 – 2019 nie załapał się już do pierwszej setki.

Przez jakiś czas Noisecontrollers tworzył z Bass Modulators projekt NCBM, pod którym wystąpili kilka razy i wydali parę utworów.

Przy okazji Knockoutu 2009 D-Block & S-Te-Fun stworzyli utwór Fuck the Noisecontrollers zawierający sample z różnych tytułów przeciwników i żartobliwy tekst. Oczywiście wynikało to z konwencji imprezy i wszystko było humorystyczne. Noisecontrollers później często kończyli swoje sety tym trackiem.

Bas wchodził w skład hardcore’owego projektu Kasparov oraz promował Dubstyle jako Pavelow. Jego inne aliasy to też SMD, Roughstyler oraz Williams Syndrome.

W 2009 roku Noisecontrollers przylecieli na Defqon.1 w Almere hydroplanem. Była to akcja marketingowa napoju energetycznego, a także atrakcja dla odwiedzających. Organizatorzy mieli jednak problem z przeniesieniem chłopaków na ląd tak, żeby przy okazji się nie zmoczyli, dlatego obsługa przeniosła ich na ramionach.

Bas bardzo lubi grać w szachy i poświęca temu hobby każdą wolną chwilę. Jest też zamiłowanym podróżnikiem – kiedy leci gdzieś dalej, zawsze stara się mieć na miejscu kilka dni wolnych aby pozwiedzać. Jak twierdzi, w ten sposób ma też przyjemność ze swojej kariery, a nie tylko obowiązki.

Hard Bass – historia imprezy

Pierwszy Hard Bass miał miejsce w 2001 roku i odbył się w Rotterdamie, a dokładniej klubie Tropicana. Co najlepsze, bilety w przedsprzedaży kosztowały wtedy jedynie 7,5 EUR. Jak w przypadku większości imprez, które organizowano przed oficjalnym powstaniem Hardstyle’u, tam również wystąpili artyści, których obecnie raczej byśmy się nie spodziewali – np. Don Diablo i Bas & Ram.

Impreza jak na tamte czasy cieszyła się dużym zainteresowaniem, dlatego w przyszłych latach kontynuowano ten koncept. W 2002 roku odbywał się on jeszcze w tym samym klubie, ale już w 2003 roku przeniesiono wydarzenie najpierw do Nighttrain (Middelburg), a później Statenhal w Hadze. Frekwencja ciągle rosła, dlatego w kolejnym roku zorganizowano Hard Bass w SilverDome i hali Jaarbeurs Utrecht (obecnie znana np. z Thunderdome’a), a w 2006 przeprowadzono się do Brabanthallen w Den Bosch (znane np. z Supremacy i Masters of Hardcore). Dopiero w 2009 impreza trafiła do Gelredome, gdzie odbywała się przez kolejne 10 lat. Po tym czasie podjęto decyzję o niekontynuowaniu dalej tego projektu.

Warto też wspomnieć, że termin wydarzenia nie był zawsze taki sam. Początkowo odbyło się ono pod koniec listopada, a w 2002 roku impreza przyjęła format cykliczny i miała miejsce w marcu, październiku, listopadzie i grudniu jako event Sylwestrowy. Dalej organizowano 2/3 edycje w ciągu roku, a każda w innym miejscu. Dopiero w 2008 roku odbyła się tylko jedna, duża impreza, co wyznaczyło przyszły kierunek dla całego konceptu. Ze względu na to, że początkowo odbywało się kilka wydarzeń w roku pod tą samą marką, Hard Bass w ciągu 20 lat miał aż 32 edycje.

Na przestrzeni lat ewoluowała również koncepcja imprezy, ponieważ na początku artyści byli podzieleni na 1/2 sceny i grali zwykłe sety, a dopiero od 2009 roku wprowadzono podział na cztery teamy z przyporządkowanymi kolorami zielonym, niebieskim, żółtym i czerwonym. Od 2012 roku starano się także zawsze prezentować nową formację, która miała premierę właśnie na Hard Bassie. I tak powstało A2 All Stars, B-Freqz czy Minus Militia. Pierwsze z nich cieszyły się dużym sukcesem i kontynuowały działalność (a nawet istnieją do tej pory), ale niestety z czasem zaczęto to robić na siłę, a formacje krótko po pierwszym występie były rozwiązywane (3 The Hard Way czy Freakz at Night). Dlatego też od 2017 roku przestano powoływać specjalnie na imprezę nowe aliasy.

Na koniec warto wspomnieć też o efektach wizualnych. Organizatorzy sami deklarują, że nigdy nie mieli na celu przygotowania najbardziej spektakularnej sceny, ponieważ bardziej stawiali na oświetlenie czy pirotechnikę. I rzeczywiście tak jest, bo prawdopodobnie nigdzie indziej nie mogliście uświadczyć tylu laserów czy stroboskopów co na Hard Bassie. To po prostu trzeba było zobaczyć, bo naprawdę robiło wrażenie. Organizatorzy nie mieli czego się wstydzić, dlatego też ich wydarzenie było jednym z pierwszych eventów z naszą muzyką, który był transmitowany na żywo razem z obrazem.

I Am Hardstyle Poland 2019 – relacja

W minioną sobotę odbyła się trzecia duża polska hardstyle’owa impreza w tym roku, a sądząc po aktywności na naszej grupie, dla wielu osób była ona równocześnie tą najbardziej wyczekiwaną. Chodzi tu oczywiście o I Am Hardstyle Poland 2019. Ogólne wrażenia są raczej pozytywne, a wysyp filmików i zdjęć świadczy, że wiele osób miło wspomina tę noc. Trzeba jednak zauważyć, że nie obyło się bez kilku organizacyjnych wpadek, na które pewnie uwagę zwróciły osoby z dłuższym imprezowym stażem. Chcemy na wstępie zaznaczyć, że jeżeli ktoś nie ma porównania, pewnie nawet nie rzuciły mu się w oczy. Ale my oceniamy wszystko przez pryzmat wielu zagranicznych imprez, dlatego możemy być trochę bardziej surowi w swojej ocenie. Nie znaczy to jednak, iż narzekamy. Po prostu są szczegóły, które warto by w przyszłości poprawić. W końcu kiedy do naszego kraju sprowadzana jest zagraniczna marka, można oczekiwać, iż utrzyma ona ten sam poziom co holenderska czy niemiecka edycja. Ale po kolei.

Pierwsze informacje o I Am Hardstyle Poland pojawiły się w maju, co poskutkowało sporym szumem medialnym. Kiedy więc hucznie zapowiedziano ujawnienie otwierającego artysty, wszyscy czekali na ten moment. I czego się wtedy dowiedzieli? Właściwie niczego nowego, bo zapowiadanym DJ’em okazał się być Brennan Heart. Jego obecność od początku była wiadoma, bo to w końcu jego własny cykl imprez. To tak jakby szumnie zapowiadać, że na pasterce pojawi się ksiądz. Niby nic takiego, ale jednak nie warto tak pogrywać z odbiorcami. Lepszą opcją byłoby przedstawienie Brennana razem z jakimś innym producentem lub na sam koniec. Ewentualnie nie robienie szumu wokół pierwszej zapowiedzi, a wrzucenie informacji bardziej tak dla formalności.

Reszta line upu pojawiała się już bez nietypowych sytuacji. Ocena całego składu to raczej kwestia indywidualna i zależy od gustu, dlatego zostawimy to Wam. Podchodząc jednak statystycznie do tematu, po imprezie najwięcej osób na naszej grupie pozytywnie oceniło sety Sub Zero Project, Regaina, D-Block & S-te-Fan, Gunz for Hire i B2B Code Blacka, Atmozfearsa oraz Toneshifterza. Praktycznie nikt nie wypowiadał się na temat The Pitchera i Galactixxa, tak jakby w ogóle nie wystąpili. No ale to raczej nie powinno dziwić, skoro ten pierwszy od kilku lat właściwie jest nieobecny na scenie. Za to zaproszenie tego drugiego mogło cieszyć, bo przynajmniej dano szansę komuś mniej popularnemu.

Przy okazji line upu warto też zwrócić uwagę na pewną kwestię. Możliwe, że powyżej nie został wymieniony Brennan Heart, Wildstylez czy Keltek, ponieważ są to artyści, którzy dość często gościli w Polsce i jakoś specjalnie nikt na nich nie czekał, gdyż wcześniej miał wystarczająco okazji do posłuchania. Przynajmniej w przypadku pierwszych dwóch, za to Kelteka można już było usłyszeć na tegorocznym Sunrise Festivalu. Dlatego w przyszłości warto by postawić na bardziej zróżnicowany line up, ponieważ jeżeli porówna się Kings of Hardstyle Festival, I Am Hardstyle i Sunrise Festival, hardstyle’owy skład jest bardzo do siebie podobny. Nie wspominając już o imprezach klubowych, gdzie też często przewijają się te same aliasy. Jeśli by tak spojrzeć na zagraniczne edycje IAH, są one jednak bardziej urozmaicone.

Opisując jeszcze przygotowania do imprezy musimy zwrócić uwagę na tragiczną komunikację. Doszło nawet do tego, że w dniu wydarzenia ludzie dzwonili do nas z różnymi pytaniami, mimo że nie mieliśmy nic wspólnego z jej organizacją. Na szczęście potrafiliśmy pomóc. Wcześniej ludzie często pytali o kwestie związane z biletami, paleniem na terenie obiektu, ceny, mapki i tym podobne tematy, a nie mogli od nikogo uzyskać odpowiedzi. Informacje nie były nigdzie podane, natomiast w prywatnych wiadomościach na Facebooku często padały różne odpowiedzi – screeny co jakiś czas pojawiały się na naszej grupie. Na pytania w komentarzach nikt nie odpowiadał. Czasem osoby odpowiedzialne za prowadzenie fanpage’a przyznawały, że po prostu nie znają odpowiedzi i spróbują dowiedzieć się od organizatora. Trochę chaos komunikacyjny sprawiający wrażenie, że nikt nic nie wie. Najprawdopodobniej osoba odpowiedzialna za social media miała słaby kontakt z osobami decyzyjnymi, dlatego warto byłoby w przyszłości zwrócić na to większą uwagę.

Do tego mailing reklamowy od organizatorów był pisany łamanym językiem polskim z pojedynczymi angielskimi słowami i sprawiał wrażenie tłumaczonego translatorem. Posty zresztą też były chyba kalką komunikacji zagranicznej edycji, a dodatkowo po czasie zmieniono godziny trwania imprezy. Oprócz tego informacja prasowa zawierała błędy merytoryczne. Dobrze by było lepiej się do tego przyłożyć.

A teraz przechodząc już do samej imprezy: Kiedy ludzie wydrukowali swoje bilety (chociaż w praktyce nie musieli, ale bileteria tak nakazywała), zjawili się na miejscu i podeszli pod wejście, osoby z biletami na płytę – czyli prawie wszyscy – były odsyłane przez ochronę do pobliskiego namiotu. Wcześniej bowiem  musiały w nim odebrać specjalne opaski, o czym oczywiście nikt nie informował przed imprezą. Wtedy dopiero można było wejść na teren wydarzenia. Uprzednia kontrola bezpieczeństwa właściwie nie istniała, chociaż to może być zarówno wadą, jak i zaletą.

A czy w rzeczywistości wspomniane opaski były potrzebne? Nie. Ochroniarze niezbyt pilnowali przechodzenia między sektorami i nawet jeżeli ktoś został odesłany, wystarczyło pójść do innego wejścia. I w sumie nie ma w tym nic złego, bo od początku tak powinno być. Tyle tylko, że w zależności od sektora obowiązywały różne ceny biletów, dlatego niektórzy bez potrzeby zapłacili więcej.

Teraz ktoś mógłby powiedzieć, że podział na sektory był pewnie konieczny z powodów bezpieczeństwa. Tyle, że następnego dnia przy wykorzystaniu tej samej sceny i obiektu odbywała się impreza z muzyką Disco Polo, na którą przyszło trzy razy więcej osób i od początku nie było tam podziału na płytę czy trybuny. Każdy mógł się bawić tam gdzie chciał, a jak się zmęczył, mógł przysiąść na krzesełkach. Dlatego w przypadku I Am Hardstyle organizator mógłby w przyszłości zastosować taką samą strategię zamiast sztucznie podbijać ceny biletów, zwłaszcza że trybuny były prawie puste przez cały czas trwania wydarzenia.

A jeżeli już jesteśmy przy frekwencji, nie można powiedzieć, że nikt nie przyszedł. Jeżeli jednak brać pod uwagę możliwości Atlas Areny, gdyby wszyscy ludzie stanęli trochę ciaśniej, zajęliby mniej więcej połowę płyty – czyli około 4 tysiące osób. Warto tu zauważyć, że przed imprezą organizator podawał, iż wyprzedało się 83% biletów. Był to jednak raczej tylko zabieg marketingowy, który niewiele miał wspólnego z prawdą. Chociaż to poniekąd zaleta, gdyż było dużo miejsca do zabawy i często można było spotkać znajome twarze. Niestety z powodu umiarkowanej liczby osób, najprawdopodobniej zrezygnowano z drugiej linii głośników nad publicznością, gdyż jakość dźwięku mocno zależała od miejsca, w którym ktoś stał. Z przodu bass łamał żebra, w innym dudnił, za to osoby bawiące się z tyłu mogły nawet rozmawiać przez telefon.

Po imprezie wiele osób też krytykowało sektor dla VIP-ów. Według opinii z naszej grupy, był on bardzo mały oraz znajdował się w słabej lokalizacji (zupełnie innej niż pokazywała wcześniejsza mapka). Do tego przywoływano bilety VIP sprzedawane na wspomnianą wcześniej imprezę Disco Polo, które kosztowały 299 zł wraz z pełnym dostępem do baru, natomiast w przypadku I Am Hardstyle Poland było to 450 zł i wliczone jedynie piwo oraz wino, a reszta dodatkowo płatna. Jednak trzeba zaznaczyć, że ci którzy skorzystali, bardzo zachwalali catering

Warto też wspomnieć o stoisku z gadżetami oraz ofercie gastronomicznej. To pierwsze zostało całkiem dobrze wyposażone, chociaż można było zauważyć, że część rzeczy raczej wyprodukowano w Polsce, gdyż różniła się jakością od tego, do czego przyzwyczaiły nas zagraniczne imprezy. Nie różniły się za to cenami i właściwie były one takie same jak w Holandii czy Niemczech, tylko przeliczone na PLN – trochę słabo, bo jak na polskie realia, dla wielu osób okazały się zaporowe. Głosy niezadowolenia były również związane z organizacją całego stoiska, ponieważ były tam tylko dwie kasy, a niektóre osoby pisały, że źle wydawano resztę.

Jeśli zaś chodzi o gastronomię, to jest temat rzeka. Myśleliście, że żeberka i kiełbasa z grilla na Kings of Hardstyle Festivalu były czymś dziwnym? Tutaj oferowano nawet oscypki i pajdę chleba ze smalcem. W sumie była to ciekawa atrakcja, chociaż ponownie ciężko pozbyć się wrażenia, że przy przygotowywaniu imprezy priorytet miało Disco Polo odbywające się następnego dnia. No i jak wytłumaczyć, że jedno stoisko obsługiwało dziecko na oko mające 12 lat? Dodatkowo my na chleb ze smalcem możemy patrzeć z dystansem, pośmiać się, a nawet z ciekawości spróbować. Ale ciekawe, co pomyśleli sobie zagraniczni goście. W sumie brakowało tylko kiszonych ogórków i butelek czystej wódki, a mielibyśmy prawdziwe wiejskie wesele i potwierdzenie stereotypów o Polakach.

Wiele osób skarżyło się też na przelewanie wody do kubków. Oczywiście można to tłumaczyć standardami bezpieczeństwa, jednakże zazwyczaj zabierana jest tylko zakrętka, co wydaje się być lepszą opcją. Cena wody też nie zachwycała i wynosiła 7 zł. Jeśli chodzi o pozostałe kwoty, tutaj też trochę był chaos, gdyż w zależności od stoiska, ceny za te same pozycje były różne. I tak zapiekanka mogła kosztować 15 lub 20 zł, napoje 6 lub 8 zł, a piwo mieć 0,5 lub 0,4 l (za 10 zł). Wspomniana pajda ze smalcem i warzywami 15 zł, a frytki 16 zł. Przy tych różnicach chyba zawiniło to, że w większości miejsc w ogóle nie było pokazanych cen i trzeba było się zdać na wybór osoby obsługującej kasę. Dodatkowo nie we wszystkich miejscach można było płacić kartą, co odbiegało od wcześniej podawanych informacji.

A teraz żeby nie było tylko tak, że wytykamy błędy, należy zwrócić również uwagę na pozytywne aspekty. Do tych na pewno można zaliczyć scenę. Może nie był to Qlimax, a jej wygląd opierał się tylko na ekranach, laserach i światłach, ale zapewniła całkiem przyjemne show. Zresztą podobnie jest przy zagranicznych edycjach, więc pod tym względem niczym od nich nie odbiegaliśmy. Na plus można też zaliczyć brak tłoku w korytarzach oraz kolejek do barów czy toalet.

Podsumowując, podczas pierwszej edycji I Am Hardstyle Poland nie obyło się bez błędów organizacyjnych. Trzeba jednak zaznaczyć, że były to stosunkowo niewielkie wady, które nie psuły odbioru całej imprezy. Warto je jednak dopracować w przyszłości. Raczej nikt nie ma wątpliwości, że zabawa się udała, co pewnie też w dużej mierze można zawdzięczać publice – wokół wszędzie dało się spotkać znajomych, wszyscy współpracowali przy momentach typu left-right i czuć było bardzo fajną atmosferę. Wszystko to daje nadzieję, że przy kolejnych edycjach będzie już tylko lepiej.

Zdjęcia: Fanpage I Am Hardstyle Poland

Sefa – biografia

Sefa Jeroen Vlaarkamp (tak, jego alias to po prostu pierwsze imię) urodził się 30 czerwca 2000 roku w holenderskim mieście Alkmaar. Nie miał on łatwego dzieciństwa, ponieważ ojciec pochodzący z Turcji zostawił swoją rodzinę, a jego matka w chwili narodzin miała zaledwie 18 lat oraz była uzależniona od alkoholu i narkotyków. Kochała jednak swojego syna, chociaż ze względu na swoje problemy, nie mogła się wtedy nim odpowiednio zaopiekować – zajęła się więc tym babcia. Trudna sytuacja rodzinna nie przeszkodziła jednak Sefie w rozwijaniu swoich zainteresowań – przez jakiś czas grał w piłkę, interesował historią, socjologią i psychologią, a w wolnych chwilach nawet czytał różne encyklopedie. Z pewnością jest mądrym chłopakiem, chociaż nie ominęły go problemy z edukacją, ponieważ przez pewien czas miał kłopoty z motywacją i nauczycielami, co sprawiło, że raz musiał powtarzać klasę. Zawsze jednak traktował poważnie swoją naukę, dlatego na początku kariery, kiedy jeszcze chodził do szkoły, dostosowywał bookingi do zajęć lekcyjnych. Jeżeli dany występ kolidowałby ze szkołą, nie decydował się na niego. Jak jednak sam przyznaje, studia to jedynie plan B, bo resztę lat woli poświęcić swojej karierze.

Jeśli zaś chodzi o rozwój muzyczny, Sefa potrafi grać na pianinie i organach (regularnie robi to w kościele Krijtbergkerk w Amsterdamie) oraz uwielbia muzykę klasyczną, co ewidentnie widać w jego obecnych utworach. Produkcją muzyki elektronicznej zajął się już w wieku 9 lat. Podstaw nauczył się sam przy pomocy laptopa i poradników z YouTube’a, ale początkowo interesował go Hardstyle. Jego przygoda z Frenchcorem zaczęła się od tego, że matka natknęła się w barze na Dr’a Peacocka, nawet nie wiedząc kim on jest. Jak się okazało, mieszkał bardzo blisko Sefy, dlatego zapytała, czy nie chciałby się spotkać z jej synem, który dla zabawy również zajmuje się produkcją. Peacock się zgodził, a młody Sefa po spotkaniu szybko „zaraził się” Frenchcorem (głównie ze względu na jego zróżnicowanie) i już w wieku 11 lat przesłał Steve’owi swój pierwszy utwór. Nie był on wystarczająco dobry, ale dalsza praca i nauka sprawiły, że w końcu Sefa wydał swoją premierową EP-kę w Peacock Records, która zawierała 3 utwory i nosiła tytuł Bad Dreams. Wtedy też artysta dołączył do agencji bookingowej BKJN, a 16 lipca 2016 roku po raz pierwszy wystąpił na imprezie BKJN: Vive La Frenchcore. Jego kariera nie trwa więc zbyt długo, ale już teraz zagrał on na większości najbardziej znanych imprez, hostował własne sceny, prowadził Titan Showcase na pierwszej edycji IMPAQT Festivalu, a nawet ma na koncie tegoroczny hymn Defqonu.

Prywatnie Sefa jest bardzo skromny i otwarty. Jak sam przyznaje, nie chce być postrzegany jako gwiazda. Potwierdza to też jego zachowanie, ponieważ często można zobaczyć jak z prywatnego konta w żartobliwy sposób odpisuje komuś na różnych fejsbukowych grupach. Przy okazji swojego pobytu w Australii zorganizował on też spotkanie w parku z fanami, gdzie dał występ na pianinie. Jeżeli kiedyś go spotkacie, na pewno nie odmówi Wam zdjęcia.

Ciekawostki:
Obecnie tego nie robi, ale kiedyś Sefa produkował muzykę przy dość głośno ustawionych monitorach, przez co już 2 razy jego dom odwiedzała policja. Przy trzecim ostrzeżeniu może ona skonfiskować sprzęt, dlatego teraz Sefa słucha muzyki o wiele ciszej.
Zazwyczaj artyści w swoich riderach technicznych wymagają od organizatorów zapewnienia energetyków i alkoholi. Sefa jednak chce tylko Lipton Green Ice Tea.
Prawo w Holandii zakazuje osobom niepełnoletnim występowania na eventach w godzinach 23:00 – 07:00, co na początku kariery Sefy było sporym utrudnieniem.

Który utwór tego artysty jest Waszym ulubionym?

Kings of Hardstyle Festival 2019 – relacja

Po dwuletniej przerwie spowodowanej rozbudową parku, Energylandia w tym roku powróciła do organizacji własnych festiwali. Łącznie było ich siedem, ale nas oczywiście najbardziej interesował Kings of Hardstyle Festival 2019, który odbył się 23 sierpnia. Nadzieje wobec tego wydarzenia były dość spore, ponieważ to trzecia edycja, więc organizatorzy mogli skorzystać z doświadczenia i poprawić poprzednie, drobne niedociągnięcia. Line up może nie wszystkich zachwycił i był dość powtarzalny, ale ceny biletów utrzymały się na niskim poziomie i większość osób zakupiła wejściówki za 49-89 zł, co jest naprawdę małą kwotą w porównaniu do zagranicznych imprez. Dlatego specjalnie nikt nie wybrzydzał i całe wydarzenie przyciągnęło bardzo dużo ludzi. Nie znamy dokładnych liczb, ale teren wydawał się dość pełny (chociaż bez zbytniego tłoku) oraz podobno na KOH-a sprzedało się o 1,5 tysiąca więcej biletów niż na festiwal EDM, który był dzień później (i to w sobotę, czyli teoretycznie lepszego dnia – może w przyszłości jednak by zmieniono kolejność?). Spore zainteresowanie widać było również po naszym wyjeździe, ponieważ mimo bardzo dużego limitu miejsc, przejazd ze wszystkich miast został wyprzedany. W przyszłości będziemy musieli postarać się o jeszcze większy rozmach.

Bramy festiwalu otwierano już o 17, ale impreza rozpoczynała się tak naprawdę o 18, dlatego ludzie mieli czas na spokojne wejście i zapoznanie z terenem. Mimo to już od samego początku przyszło dużo ludzi, chociaż wejście i kontrola bezpieczeństwa nadal szła sprawnie. Pierwszym co rzucało się w oczy było mnóstwo stołów z parasolami. Naprawdę, zazwyczaj miejsc do siedzenia jest o wiele mniej. Ale to dobrze, bo właściwie przez cały czas każdy zainteresowany mógł znaleźć dla siebie wolny stół. Wszyscy szczególnie chętnie korzystali z tego na początku, ponieważ KOH dla wielu osób był pretekstem do spotkania się z imprezowymi znajomymi, dlatego po wejściu wiele osób po prostu siedziało i rozmawiało przy piwie, czekając aż impreza nieco później się rozkręci.

Oprócz tego na terenie festiwalu można było znaleźć cztery punkty z toaletami, co teoretycznie powinno rozładować kolejki. Niestety w tych najbliżej sceny było za mało toi toi’ów, więc i tak czasami trzeba było trochę poczekać. Ale bez przesady. Bardziej uciążliwe kolejki powstały na początku przy barach, bo sznur ludzi ciągnął się na kilkanaście metrów, a kilka stoisk zdecydowanie nie nadążało z nalewaniem piwa. Kiedy jednak zabawa rozpoczęła się na dobre i ludzie przenieśli się na parkiet, można już było dość swobodnie kupować napoje. Na plus też można zaliczyć szatnie i szafki, bo miejsca starczyło tam dla każdego zainteresowanego. Zwracamy na to uwagę, ponieważ podczas edycji w 2015 roku organizatorzy zaoferowali jedynie około 20 szafek, co oczywiście było zbyt małą liczbą.

Ostatnimi dwoma elementami festiwalowego terenu było stoisko z gadżetami oraz scena. Samo stoisko to nic ciekawego, bo można było na nim kupić jakieś świecidełka rodem ze straganów na wiejskim festynie oraz czapki i koszulki z logiem imprezy, które jednak wyglądały bardzo tandetnie. Nieskromnie możemy przyznać, że już my byśmy im zrobili o wiele lepszy merchandise. Co do sceny, była to typowo koncertowa konstrukcja wyposażona w dość sporo oświetlenia i telebimy. Przy wcześniejszych festiwalach typu 90’s Superstars czy Disco Polo na pewno nikt nie miał co do niej większych oczekiwań, ale przy KOH-u i EDM ludzie przyzwyczajeni do zagranicznych imprez mogli być zawiedzeni. Trzeba jednak zrozumieć, że skoro ta sama infrastruktura miała służyć wszystkim imprezom, specjalnie na ostatnie wydarzenia nie opłacałoby się budować czegoś bardziej ambitnego. Zresztą pierwszy i ostatni festiwal w Energylandii dzieliły prawie dwa miesiące, dlatego ludzie i tak dawno znali wygląd sceny, więc nikt nie mógł czuć się zaskoczony widząc ją po raz pierwszy na imprezie. Zastrzeżenia jednak można mieć do tancerek i tancerzy, którzy próbowali wić się do rytmu na scenie. W przypadku naszej muzyki raczej się tego nie robi. Wyjątkiem są imprezy typu Pussy Lounge, ale tam cały motyw przewodni wydarzenia jest trochę luźniejszy, a skąpo ubrane panie wplecione w całą stylistykę. Tutaj osoby w lateksie kompletnie nie pasowały i były raczej żenujące niż uświetniały występy swoim tańcem.

Co do wrażeń muzycznych, raczej każdy artysta zagrał standardowo, a tym samym spełnił oczekiwania odwiedzających. Sam dobór artystów mógł być lepszy, bo brakowało jakiejś świeżości, ale też obyło się bez tragedii. Na setach panował bardzo fajny klimat i czuć było, że raczej jest tam niewiele osób z przypadku. Niektórzy na minus zaliczają jedynie nagłośnienie, które w pewnych miejscach było za ciche. Można jednak przypuszczać, że to wina odgórnych ustaleń, ponieważ Energylandia już i tak miała problemy z okolicznymi mieszkańcami, którzy protestowali przed zbyt głośną muzyką w nocy. Podobno to właśnie z tego powodu impreza odbywała się w godzinach 17-02.

Omawiając line up należy też wspomnieć o time table. Wielu osobom początkowo nie przypadło ono do gustu, ponieważ niektórzy artyści mieli przewidziane dla siebie bardzo mało czasu. Wynika to z tego, że organizator chciał napchać w krótkim czasie jak najwięcej dj’ów, a potem się chwalić bogatym line upem. Ostatecznie okazało się, że największe gwiazdy nawet w ciągu 45 minut mogą zaserwować dobrego seta, więc na żywo nie było to takim problemem (zresztą sety po 45 minut nie są znowu tak rzadko spotykane). Na przyszłość jednak dobrze by było się zastanowić, czy warto na siłę upychać jak najwięcej artystów kosztem czasu ich grania. Nikomu nie ujmując, czy obecność takiego ResQ rzeczywiście przyciągnie więcej odwiedzających? Raczej nie, więc może lepiej by było z niego zrezygnować i zamiast tego dać jakimś dwóm artystom po 15 minut więcej, tak żeby ich sety trwały pełną godzinę?

Słabą zagrywką było też chwalenie się, że na imprezie wystąpi 15 artystów, podczas gdy trzech z nich to byli MC. Po co ich aż tylu, skoro spokojnie jeden by sobie poradził? Zazwyczaj MC specjalizują się w wybranych gatunkach muzycznych, ale to nie znaczy, że nie poradzą sobie z hostowaniem jakiegoś innego. Taki Villain najbardziej upodobał sobie Euphoric Hardstyle, ale na eventach z jedną sceną radzi sobie również podczas Hardcore’owej końcówki. A jeżeli już ściągnęli trzech MC, bez sensu było przyporządkowywać każdego z nich do konkretnego artysty. Na żadnym evencie tak się nie robi, a ludzie tak czy inaczej domyśliliby się kto z kim wystąpi. Przy okazji należy też wspomnieć o zachowaniu MC Renegade’a. W imprezowym nastroju postanowił on się nauczyć kilku zwrotów po polsku oraz krzyczeć je przez mikrofon. I było to fajne za pierwszym czy drugim razem, a nawet wywoływało uśmiech na twarzy publiki. Ale MC krzyczący przez całego seta hasła w stylu „Ja pierdolę”, „Najebany to do domu”, „Kurwa mać”, „Na ziemię kurwa” było już żenujące i takie zachowanie nie przystoi.

Na minus też można zaliczyć strefę gastronomiczną. Poza wspomnianymi kolejkami do nalewania piwa, około północy skończyła się woda, więc do dyspozycji były już tylko piwa bezalkoholowe lub słodkie napoje. Coś takiego zdecydowanie nie powinno mieć miejsca. Do tego wiele osób skarżyło się na ceny piwa. Tutaj jednak nie powinno się być takim krytycznym, bo Tyskie 0,4 L kosztowało 10 zł i była to standardowa 5-procentowa wersja. Na zagranicznych eventach trzeba zapłacić w przeliczeniu około 10 zł za piwo 0,2 L i to jakichś sików, także na KOH-u wcale nie było aż tak źle. Bardziej można się przyczepić do jedzenia. Hot dogi, frytki czy nawet szaszłyk są ok. Ale czy znacie kogoś, kto na takim evencie je golonkę lub kiełbasę z grilla? Organizatorzy jednak uznali, że to będzie właściwa oferta. Tylko chyba po raz kolejny zapomnieli, że to co sprawdzi się na festiwalu Disco Polo, na KOH-u już niekoniecznie zadziała.

Negatywne wrażenie robił też tak zwany Golden Circle dla VIP-ów pod sceną. Był to pas pod samą DJ’ką, do którego wstęp miały jedynie osoby ze specjalnym biletem. W praktyce wyglądało to tak, że kilka osób stało sobie w środku (wyglądając jak zwierzęta w zagrodzie), a dopiero za nimi bawili się prawdziwi zapaleńcy. Po raz kolejny trzeba powtórzyć: na naszych eventach tak się nie robi. Jeśli ktoś już chce wydać 700 zł za możliwość nielimitowanego jedzenia i picia podczas imprezy, niech robi to w specjalnym namiocie gastronomicznym. Ale Golden Circle był kompletnie niepotrzebny i tylko niszczy klimat. Zresztą co to za frajda stać pod samą sceną i niewiele widzieć? O wiele lepszym rozwiązaniem jest zapewnienie specjalnego podestu z boku sceny, tak żeby mieć jak najlepszy widok.

Ten tekst nie mógłby się też obyć bez wspomnienia o choince. Ktoś po prostu wziął drzewko będące elementem wystroju Energylandii i tańczył z nim w tłumie – no i fajnie, tacy wariaci są nam potrzebni oraz nadają klimat całemu wydarzeniu.

Podsumowując, impreza na pewno była udana i raczej będzie przez wszystkich dobrze wspominana. Dzięki dobrej frekwencji można mieć nadzieję, że Kings of Hardstyle Festival powróci w przyszłym roku, jednakże przydałoby się wtedy poprawić drobne niedociągnięcia wymienione powyżej. A jakie jest Wasze zdanie?

Historia polskiego Jumpstyle’u

Jumpstyle to gatunek zbliżony do Hardstyle’u, a dodatkowo swego czasu był dość popularny w Polsce, dlatego warto się nim zainteresować. W tym celu poprosiliśmy o pomoc jednego z członków ekipy Atomic Destination Team – Jumpstyle, który przybliżył nam całą tę subkulturę.

Sam gatunek muzyczny wraz z charakterystycznym tańcem powstał w latach 90′, a wywodzi się z Belgii i Holandii. Do Polski przyszedł w okolicach 2005/2006 roku, chociaż największą popularność zyskał w 2007 roku za sprawą utworu Jeckyll & Hyde – Freefall (chyba wiele osób kojarzy go jeszcze ze szkolnych dyskotek). Teledysk do tego kawałka równocześnie spopularyzował taniec nazwany tak samo jak gatunek i wtedy właśnie narodziła się moda na rytmiczne skakanie we wszystkich możliwych miejscach. Sama choreografia jumpstyle’u opiera się głównie na ciągłych podskokach i różnych wymachach nóg, a wszystko to do rytmu Hardstyle’u. Dlaczego nie Jumpstyle’u? Bo ten drugi gatunek był o wiele bardziej popularny, a do tańca nadawał się tak samo.

W Polsce najlepsze lata Jumpstyle’u przypadają na 2007 – 2013 rok, bo to właśnie wtedy narodziła się strona JumpstylePolska, a ekipa Atomic Destination Team wzięła udział w programie Mam talent, gdzie została doceniona przez jurorów (i przy okazji sprawiła,że Hardstyle poleciał w TVN-ie). Sama Agnieszka Chylińska zachęcała wtedy do udziału w zlotach tancerzy mówiąc, że „To jest chyba najpiękniejsza rzecz jaką ja w życiu widziałam”. Swoją drogą warto obejrzeć do końca, szczególnie dla reakcji Agustina. Chłopaki nie wygrali programu, ale zrobili duże wrażenie, dlatego później zostali również zaproszeni do udziału w imprezie z okazji 20-lecia TVN-u, na której kręcono reklamę tej stacji oraz występowali na różnych innych wydarzeniach w całej Polsce. Wszystko to sprawiło, że w kraju zaczęły powstawać kolejne ekipy, ligi taneczne, a zloty, na których organizowano turnieje i wspólne pokazy, przyciągały po kilkaset osób. Zaczęto też tworzyć własne produkcje filmowe, na których można było głównie oglądać różne osoby skaczące w coraz to dziwniejszych miejscach lub robiące synchroniczne pokazy. Całość traktowano jako sport ze zdrową rywalizacją, ponieważ tak naprawdę najlepszą rzeczą w zlotach lokalnych i ogólnopolskich było to, że można było spotkać ciekawych ludzi z tą samą pasją.

Według relacji, wyglądało to tak: Masz 14 lat, jedziesz na twój pierwszy zlot ogólnopolski, spotykasz setki ludzi z drugiego krańca Polski, z którymi rozmawiasz na co dzień tylko przez internet, z którymi łączy cię to samo… Nagle dociera do ciebie, że to się dzieje. Mowa tu chyba o największym ogólnopolskim zlocie w Krakowie, w 2009r (do obejrzenia na YT). Setki osób w jednym ogromnym kręgu na rynku, każdy się z tobą wita, przytula, poznaje cię po Twoim stylu tańca, każdy uśmiechnięty, oczy się świecą, widzisz swoich internetowych „idoli”, każdy jest dla Ciebie jak brat czy siostra, nie możesz uwierzyć, czujesz się jak w domu. To uczucie było bezcenne i nie da się przelać tego na papier. Po prostu to jest jedna wielka rodzina. (Od siebie możemy dodać, że kiedyś na naszym wyjeździe była para, która poznała się właśnie na takim zlocie – dop. HT)

Nasz rozmówca podaje też inny przykład: Rok temu miałem pracowniczy wyjazd z Rzeszowa do Szczecina, a gdy poprzez Facebooka pewien tancerz dowiedział się, że jestem w jego mieście, nie minęło kilka godzin, a już siedzieliśmy na rynku sącząc piwo i wspominając stare dobre czasy. A takie sytuacje zdarzają się bardzo często. Gdzie ktoś by nie był, zawsze znajdzie się dużo znajomych.

Niestety później z każdym rokiem Jumpstyle w Polsce przygasał – było coraz mniej osób na ogólnopolskich zlotach i coraz mniej filmów w internecie. Moda przeminęła, a zapalonym tancerzom przybywało lat, pozakładali rodziny i skupili się na dorosłych obowiązkach. Mimo wszystko nadal są zapaleńcy, którzy nawet bez dużej publiczności wciąż uprawiają swoje hobby. Jak twierdzi nasz rozmówca: „W wielu z nas ten taniec zostanie do końca, to co przeżyliśmy, są to wspomnienia bezcenne i jesteśmy pewni, że każdy z nas wspomina ten czas niesamowicie i wszyscy by do niego wrócili. Poprzez taniec nasze dzieciństwa nie były nudne, lecz pełne uśmiechu, poznawania nowych ludzi i miejsc, niezapomnianych chwil, występów, spotkań, wspólnych wakacji”.

Przy okazji warto wspomnieć, że duet Jeckyll & Hyde na chwilę powrócił w 2017 roku (tworzy go Maarten Vorwerk i Dj Ruthless) poprzez wydanie hardstyle’owego utworu Back in Time. W jego teledysku zostały wykorzystane nagrania rodzimych chłopaków, a sam Maarten w komentarzu pod filmem na YT podziękował im w języku polskim za nadesłane materiały.

Nie jest jednak tak, że Jumpstyle w ogóle umarł, dlatego wciąż warto zainteresować się tą subkulturą. Na grupie Jumpstyle Polska Society nadal coś się jeszcze dzieje, a gdyby ktoś chciał zgłębić temat, warto obejrzeć relacje z ogólnopolskich zlotów, liczne produkcje filmowe Atomic Destination Team i innych ekip czy wspomniany występ w Mam Talent. Możliwe, że sami się w to wkręcicie, tak jak oni kiedyś. A może ktoś już wcześniej był zainteresowany tym tańcem i mógłby opisać swoje wspomnienia?