Defqon.1 w Australii – różnice względem europejskich festiwali

Do Sydney przylecieliśmy dzień przed Defqonem i już wtedy dało się wyczuć nieco inną atmosferę niż w przypadku holenderskich eventów. Podczas gdy w Holandii mieszkańcy miejscowości, w których odbywa się impreza, często nawet nie wiedzą o jej istnieniu, tutaj na każdym kroku można było zauważyć poruszenie. Po ulicach chodziło pełno ludzi z merchandisem (na każdym kroku się pozdrawiających), a na zwykłych słupach ulicznych wisiały plakaty Defqonu informujące, że jest to największy festiwal muzyczny w Australii. Trochę biedni ci Australijczycy, skoro event na 20 tysięcy osób i z sześcioma scenami jest u nich rekordowy. Oczywiście z polskimi standardami nie ma co tego porównywać, ale w Holandii taka impreza byłaby uznana za festiwal najwyżej średnich rozmiarów. Fajne było też to, że dzień przed eventem Q-Dance stworzyło w centrum miasta sklep z festiwalowymi gadżetami, więc wszyscy chętni nie musieli potem tracić czasu na imprezie żeby je kupić. Z drugiej strony było to nieco nie w porządku wobec innych, bo niektóre przedmioty zostały wyprzedane jeszcze przed otwarciem festiwalu.

20160916_085329

Pobudka w dniu imprezy była dość ciężka, bo doba to zdecydowanie za mało czasu żeby poradzić sobie z jet lagiem. W końcu różnica czasu między Australią i Polską wynosi 8 godzin. Poprzedniego dnia specjalnie mimo senności nie szliśmy spać w dzień, tylko położyliśmy się gdy zapadał wieczór na Antypodach, ale mimo to i tak ciężko było się zebrać. Na szczęście ekscytacja nadchodzącym dniem dodawała sił.  Potem dość zabawnie było sobie myśleć, że podczas gdy my dopiero przekraczamy bramy festiwalu, w Polsce jest 3 w nocy, a nasi znajomi właśnie dokańczają piątkową imprezę w klubie.

Sam Defqon.1 odbywa się  około 60 kilometrów od centrum Sydney, ale jest tam łatwo dojechać pociągiem. I tu po raz kolejny dało się zauważyć, że ten festiwal ma dość wysoki status w Australii, bo nawet przez głośniki oznajmiano, że jeżeli ktoś jedzie na Defqon, to powinien wejść do właśnie nadjeżdżającego pociągu. To, że na stacji stały właściwie same imprezowe osoby jest raczej oczywistością. Miłe też było to, że koszt przejazdu został wliczony w cenę biletu na festiwal. Tak samo po dojeździe do stacji docelowej bezpłatne autobusy podwoziły ludzi pod sam teren imprezy.

Dalej należało przejść kawałek drogi na piechotę, gdzie spotkało nas kolejne zaskoczenie. Żaden z nas nie miał zamiaru przenosić niczego nielegalnego, ale mnóstwo policjantów stojących na drodze z psami węszącymi dawało lekkie uczucie dyskomfortu. Niestety w Australii jest to standardem, bo bardzo rygorystycznie podchodzi się tam do kwestii narkotyków, zamiast w ślad za Holandią stawiać na uświadamianie społeczeństwa i zapobieganie szkodom. Jest to też jeden z czynników, który zabija tamtejszą scenę muzyczną. Już odbiegając od kwestii narkotyków, władze zabraniają tam sprzedaży alkoholu w klubach po określonej godzinie (nawet na Defqonie nie sprzedawano piwa do końca imprezy), a samo wejście na imprezę po 1 w nocy jest niemożliwe. Oczywiście wiadomo, że najważniejsza jest muzyka, ale świadomość bycia obserwowanym na każdym kroku nie pomaga w dobrej zabawie. Z drugiej strony rygor nie jest tak do końca bezpodstawny. W końcu tegoroczny Defqon.1 w Australii był tylko jednodniowy właśnie z powodu przypadku, gdy jeden z uczestników poprzedniej edycji zmarł w namiocie przez przedawkowanie. Trzeba jednak pamiętać, że takie rzeczy w Holandii też się zdarzają, tyle że tam władze nie mają zamiaru karać innych osób z powodu nieodpowiedzialności jednego imprezowicza. W Australii natomiast policja przez śmierć pojedynczej osoby potrafi zamknąć całą imprezę, nawet kilka godzin po jej rozpoczęciu. Skrócenie tegorocznego Defqonu nie było wcale inicjatywą Q-Dance. Po prostu organizator nie dostał zgody na dłuższy event, co dość mocno ograniczyło rozwój tamtejszej edycji imprezy. Może w przyszłości jeszcze uda się powrócić do wcześniejszej formuły.

20160915_201134

Jak łatwo się jednak domyślić, zakazy nigdy nie będą do końca skuteczne. Mimo dużej kontroli, na imprezie dało się zauważyć osoby pod wpływem nieco innych substancji niż alkohol, a późniejszy raport policyjny mówił o 77 aresztowaniach, 200 interwencjach medycznych i sześciu osobach, które trafiły do szpitala. Oczywiście nie ma co tu generalizować i twierdzić, że wszyscy byli naćpani, bo wcale tak nie było, ale jednak problem zawsze będzie istniał i nawet najsurowsze prawo tego nie zmieni. Zresztą warto zobaczyć na początku tego filmiku, jaki stosunek do tamtejszej policji na eventach mają sami Australijczycy. Dalej na bramkach dodatkowo ochrona skanowała wszystkich wykrywaczem metalu, ale za to nie trzeba było opróżniać kieszeni do przeszukania, więc było to całkiem szybkie i wygodne.

Wbrew naszym przypuszczeniom australijskie standardy dość mocno różnią się od znanych nam europejskich eventowych zwyczajów. Kolejną z zaobserwowanych przez nas różnic był brak szafek, a zamiast nich oferowano zwykłe szatnie z wieszakami i numerkami. Potem w oczy rzuciło nam się to, że wszystkie sceny były otwarte, a na ziemi nie poukładano żadnych palet. Oznacza to, iż zupełnie nie przygotowano się tam na ewentualny deszcz. Co prawda pogoda w Australii zdecydowanie różni się od tej holenderskiej, ale we wrześniu zaczyna się tam dopiero wiosna i czasem jednak zdarzają się deszcze. Potwierdził to następny dzień po imprezie, bo cały czas padało. Gdyby deszcz zaatakował kilkanaście godzin wcześniej, cały trawiasty teren stałby się podmokły, a ludzie nie mieliby się nawet gdzie schować. Na szczęście pogoda dopisała i nawet się trochę opaliliśmy.

Jeśli chodzi o wygląd scen, właściwie tylko Main robił wrażenie. Reszta pełniła raczej symboliczną rolę: Magenta przypominała domek na drzewie, Blue ułożono ze starych beczek, a jako Purple postawiono drewniany statek odgrodzony kontenerami. Reszta scen składała się z prostych stelaży. Mimo to ja wcale nie narzekam. Po prostu obaj mamy mózgi przeżarte przez europejskie eventy, które ze względu na ogromną konkurencję muszą stale zaskakiwać. W Australii wygląda to zupełnie inaczej, bo Defqon.1 jest odosobnioną imprezą i właściwie nie istnieje godny dla niego konkurent. Poza tym Australijczycy rzadko kiedy odwiedzają eventy na innych kontynentach, bo wszędzie mają daleko. W związku z tym ich oczekiwania są o wiele niższe i organizatorzy wcale nie muszą się aż tak starać. W końcu każdy australijski fan Hardstyle’u/Hardcore’u i tak wybierze się w przyszłym roku na Defqon.1. Nadzieje Australijczyków zostały więc spełnione, a jeśli chodzi o nas, obaj nie nastawialiśmy się na wywaloną w kosmos imprezę. Dobrze wiedzieliśmy, że rozmachu porównywalnego z holenderskim Defqonem nie ma co się spodziewać. Nam wystarczyło to, że jesteśmy w miejscu, w którym stanęło niewielu Polaków. Zrobiliśmy coś, w co wiele osób nie wierzyło i odwiedziliśmy kraje, do których w innych okolicznościach raczej byśmy się nigdy nie wybrali. Defqon.1 był po prostu pretekstem do pojechania w tę wariacką podróż. I to wystarczy. Dzięki temu nasze oczekiwania zostały w zupełności zaspokojone.

20160917_111923

Trzeba też zwrócić uwagę na kwestię line upu. Samo sprowadzenie do Australii pierwszoligowych artystów, którzy w większości mieszkają w Holandii jest bardzo kosztowne, dlatego można tu było zauważyć sporo oszczędności. Pomijając już to, że połowa występujących dj’i pozostawała dla nas lokalnymi no-name’ami, europejscy artyści występowali w różnych kombinacjach mających zamaskować cięcie kosztów. Przykładowo, kilka osób grało dwa sety na oddzielnych scenach, różniące się stylem puszczanej muzyki. Ponadto Isaac, Prophet i Tuneboy występowali pojedynczo, a potem wchodzili w skład Defqon.1 Legends. Oczywiście Adaro i Ran-D grali solo, a dodatkowo jako Gunz For Hire. Tak samo Audiofreaq, Toneshifterz i Code Black byli uwzględnieni indywidualnie w line upie, a pod koniec we trzech występowali jako Aussie Elite (przy okazji zagrali bardzo słabego seta – brzmiał tak, jakby zupełnie się ze sobą nie dogadywali). Tego typu przykładów jest więcej. Różnice dało się zauważyć też w stylu granej muzyki, szczególnie na scenie Blue. Jak wiadomo, zawsze są do niej przyporządkowani producenci tworzący Raw. Jakim więc było dla nas zaskoczeniem to, że początkowo królował tam Nu Style, a dopiero potem pojawiły się mocniejsze utwory. Szybko jednak doszliśmy do tego, że tak właśnie miało być. Po prostu w Australii nie ma takiej mody na zwiększanie tempa oraz ciągłego wyścigu o to, kto zrobi mocniejszy i bardziej brutalny utwór. Dlatego styl Adaro czy Ran-diego jest w Australii uznawany za najmocniejszą odmianę hardstyle’u, podczas gdy w Holandii wielu producentów i słuchaczy kieruje się zasadą harder=better, a wcześniej wymienieni dj’e znajdują się najwyżej po środku skali.

Kolejną różnicę między Australią a Holandią dało się zauważyć wśród ludzi odwiedzających Defqon. Rozbieżności w wyglądzie to oczywistość, gdyż tak mniej więcej połowa Australijczyków wygląda na Azjatów. Chodzi tu jednak o zachowanie. Podczas gdy Holendrzy traktują Hakken jak sport narodowy, a zabawa na pełnych obrotach do samego końca imprezy jest dla nich obowiązkiem i punktem honoru, Australijczycy nieco luźniej podchodzą do tego tematu. Tam nikogo nie dziwi to, że ludzie siedzą na trawie w środku tłumu. Za to bardziej aktywne osoby o wiele częściej mogą się pochwalić jakimiś zdolnościami tanecznymi. Oprócz tego bardzo popularny jest tam Muzzing, który w Europie właściwie nie istnieje. Jeżeli ktoś nie wie o co chodzi, warto zapoznać się z twórczością Slendera, który jest rdzennym Australijczykiem. Często ludzie też się wygłupiali organizując sesje hipnozy świecącymi rękawiczkami wobec przypadkowych osób. Poza tym jeżeli ktoś myśli, że eventowe Holenderki są najładniejsze na świecie, lepiej niech nigdy nie leci na Antypody, bo powrót do Polski może okazać się bardzo przykrym szokiem, a codzienna męska egzystencja wśród otaczających kobiet stanie się udręką stale przypominającą o niespełnionych marzeniach dotyczących piękna.

Zauważyliśmy też dwie rzeczy, których wcześniej nigdy nie spotkaliśmy, a przydałyby się na europejskich imprezach. Pierwsza z nich to coś, co nazwano Defqon.1 Highway. Był to po prostu tunel znajdujący się na końcu tłumu przy głównej scenie. Służył on tylko do chodzenia i nie wolno było w nim stawać. Dzięki temu można było szybko przebrnąć przez morze bawiących się ludzi. Druga nowość to barierki tworzące kolejkę do barów. Niby prosta rzecz, a jednak znacznie usprawniała znajdowanie wolnej barmanki. W Europie wygląda to tak, że wszyscy stoją przy ladzie i liczą na to, że w końcu ktoś do nich podejdzie. Wtedy kolejność nie ma znaczenia, a liczy się bardziej szczęście. Takie uporządkowanie zdecydowanie usprawniało zakupy.

14352055_1462081627142439_5359124704531606440_o

Dodaj komentarz